Blog > Komentarze do wpisu

Alpejski skibus jak PKS na dworcu w Zakopanem

Warszawscy narciarze już w drodze powrotnej powrotnej z ferii zimowych. Chciałoby się poszusować dłużej, bo najlepszy czas i śnieg zazwyczaj bywa dopiero w marcu. Za to jazda ze stolicy w góry to teraz prawdziwa frajda.

Nie dość, że skończyła się udręka z przedzieraniem się przez korki w Raszynie i Jankach, to można przebierać w różnych trasach. Jeszcze przez 2 lata lepiej wyruszać autostradą A2 (trwa przebudowa drogi katowickiej za Nadarzynem). Ci zaś, którzy wybierają się dalej niż w Tatry i Sudety, oprócz dawnej "gierkówki" do Czech i Austrii mają do wyboru naprawdę świetne połączenie przez otwartą zeszłego lata autostradową obwodnicę Łodzi. Dalej trasą ekspresową S8 wokół Wrocławia i autostradą A4 w kierunku Drezna. A w Niemczech za Saksonią przez Bawarię, koło Innsbrucka i na przełęcz Brenner (1374 m), gdzie dawne przejście graniczne z Włochami zamieniło się w muzeum przełęczy. Warto zaplanować tu krótki postój i zajrzeć do środka tej oryginalnej budowli:


Dojazd do zachodniej granicy Polski z Warszawy trwa przez obwodnice Łodzi i Wrocławia jakieś 4 godziny. Słyszałem, że niektórzy wyruszają w piątek wieczorem, rezerwują nocleg np. w Bolesławcu i dopiero następnego dnia rano przekraczają Nysę Łużycką koło Zgorzelca, docierając w lepszym czasie (i stanie) na miejsce w Alpach. A korki koło Monachium i Innsbrucka bywają w zimowe soboty masakryczne - trwa jedna wielka narciarska wędrówka ludów przez Europę.

Na miejscu sceny jak z zakopiańskich PKS-ów:

Pamiętam swoje podróże z Zakopanego do Białki Tatrzańskiej jeszcze na początku lat 90., czyli już po upadku PRL-u. Wciąż był tam wtedy jeden tylko stok, na którym nauczyłem się jeździć na nartach, i działał wyciąg wyrwirączka, z którego w dzieciństwie ciągle spadałem w połowie góry. Dopiero potem gazdowie zjednoczyli siły, dołączyli swoje ojcowizny do spółki i powstał wielki ośrodek narciarski. A ja przestałem tam jeździć, mimo sentymentu do Tatr, Podhala i Białki, bo nie w smak mi przebijanie się przez korki na zakopiance albo brak wygodnego dojazdu koleją, a na miejscu kolejki do wyciągów i pazerność górali, którzy za często byle jakie warunki oczekują nie wiadomo ile.

Kierowca PKS-u ładował więc do środka wszystkich chętnych czekających na dworcu w Zakopanem, a ci zwisali mu podczas jazdy nad głową i opierali się o drzwi. On jedną ręką trzymał kierownicę, przebijając się w korku na Chramcówkach, a drugą przyjmował pieniądze i drukował bilety podawane potem przez cały autobus. Czynność ta trwała mniej więcej do Poronina.

Włoskie skibusy są darmowe dla posiadaczy skipassów, czyli przepustek na stoki, ale poza tym warunki dojazdów niewiele się różnią od zakopiańskich. Narciarze, niekiedy także ze sprzętem, zajmują wszystkie miejsca, przejście między siedzeniami i schody przy drzwiach. Czasem narty i deski ładuje się do bagażnika (zakopiańskie PKS-y miały kiedyś kosze przyczepiane z tyłu):


W Pontedilegno pod przełęczą Passo Tonale przyjeżdżały autobusy duże, które nie mieściły się na głównej pętli, i małe, w których nie mieścili się z kolei wszyscy chętni na przejazd. Choć kierowcy starali się, jak mogli, np. z tej grupy na przystanku zostały tylko cztery osoby, po które za kilka minut podjechał dwa razy większy autokar i ruszył niemal pusty:


W Pontedilegno skibusy przywożą narciarzy pod wyciąg i zabierają ich do domu na koniec dnia. Inną, nietypową funkcję pełnią w ośrodku narciarskim Peyragudes we francuskich Pirenejach:

Na jednej z bocznych tras są po prostu częścią wyciągu, którym wraca się na szczyt. Wprawne, ale też starsze oko dostrzeże na zdjęciu powyżej charakterystyczny kształt przedniej szyby, fragment deski rozdzielczej i wycieraczkę przypominające dwudrzwiowe berliety, które królowały na warszawskich ulicach na przełomie lat 70. i 80. Najwięcej autobusów tej marki produkowanych w Jelczu na licencji francuskiej miała nieistniejąca już i zabudowana blokami oraz biurowcami zajezdnia przy Inflanckiej, a po niej również zlikwidowana w poprzedniej dekadzie pod zabudowę, ale porastająca do dziś samosiejkami zajezdnia przy Chełmskiej.

Wracając na nartostradę, która prowadzi prosto do berlietopodobnego autobusu. Szlak kończy się ostrzeżeniami o dojeździe do drogi i przystanku - trzeba wyhamować, wypiąć narty, poczekać na kurs:

Autobus wreszcie podjeżdża, kilka serpentyn pod górę i po dwóch minutach jazdy można się przesiąść na wyciąg, który wciąga na sam szczyt.

(osa)

sobota, 25 lutego 2017, osa_oraz_smik

Polecane wpisy

  • Tuluza jeździ nowocześnie

    Już po długiej majówce, ale może ta relacja będzie dla kogoś inspiracją na następny długi weekend albo dłuższy urlop? Jedziemy na południe Francji do Langwedocj

  • W kolejce do tramwajowej atrakcji

    Żeby stać się częścią pocztówkowego widoku z lizbońskim tramwajem na tle katedry Se (na zdjęciu powyżej), niektórzy stoją w skwarze nawet pół godziny na pierwsz

  • Pociąg na żądanie. Wystarczy wcisnąć guzik

    Swego czasu toczyły się w Warszawie dyskusje o wprowadzeniu przystanków na żądanie dla tramwajów. Są takie odludne miejsca, gdzie pasażerowie czekają tylko na n

Gazeta.pl Warszawa