piątek, 02 grudnia 2016

Coraz bardziej widać, że to był fatalny wybór drogowców i władz miasta: poszerzają ul. Marynarską na Służewcu, w dodatku nieudolnie, zamiast walczyć z coraz większymi korkami w Dolinie Służewieckiej na skrzyżowaniu z al. Wilanowską. Oba odcinki to ta sama obwodnica miejska, nazywana kiedyś etapową.

Tymczasem w pasie zieleni między jezdniami Doliny Służewieckiej i na jej przedłużeniu w al. Sikorskiego na Stegnach właśnie trwa sadzenie drzew:

Fot. Kuba Atys/AG

Najwyraźniej kierowcy stojący tu w coraz dłuższych korkach między Ursynowem a Mokotowem, a także w al. Wilanowskiej między Miasteczkiem Wilanów a Służewem, mogą się pożegnać z myślą, że kiedyś powstanie bezkolizyjny ciąg jezdni. A przecież były już planowane. Wszystko rozbiło się o spór, czy puścić je wzdłuż Doliny Służewieckiej na estakadach nad al. Wilanowską i ul. św. Bonifacego, czy też w dwukrotnie droższym tunelu.

Konflikt wybuchł w połowie poprzedniej dekady, gdy jeszcze była szansa na odkorkowanie tej okolicy. Ówczesny wpływowy proboszcz parafii św. Katarzyny ks. Józef Maj miał posłuch zarówno u prezydenta miasta Lecha Kaczyńskiego, jak i jego następczyni Hanny Gronkiewicz-Waltz. Młodszym Czytelnikom bloga przypomnę tylko, że to właśnie tutaj w tzw. Konwencie św. Katarzyny kanapowe partyjki rozbitej prawicy w 1995 r. deliberowały miesiącami nad tym, kogo wystawić do wyborów na prezydenta Polski. W końcu kandydatką została Hanna Gronkiewicz-Waltz, wtedy prezes NBP, i zgarnęła całe 2 proc. głosów.

Właśnie mija dokładnie 10 lat, odkąd objęła rządy w ratuszu. W "Gazecie Stołecznej" pisaliśmy wtedy, że Dolina Służewiecka zaczęła się mocno korkować w 2002 r. Jednak ks. Maj nie zgadzał się na budowę estakady za 395 mln zł (cena z 2008 r.), twierdząc, że zagrozi to stabilności skarpy, na której wznosi się rzeczywiście piękny kościół najstarszej parafii w obecnych granicach Warszawy (XIII w.). Poza tym wiadukty zdaniem ich przeciwników zdewastowałyby krajobraz malowniczej Doliny Służewieckiej, a także zasłoniłyby świątynię i pomnik ofiar represji komunistycznych. Moim zdaniem już wcześniej widoki zepsuły tu bloki-szafy osiedla Służew nad Doliną, a teraz od kilku lat przed kościołem i pomnikiem stoi szpetna reklama, w którą obudowano niezamieszkały dom, i jakoś nie ma na nią mocnych.

Ksiądz Maj nie krył się szczególnie ze swoimi zabiegami w sprawie ukatrupienia ważnej inwestycji drogowej: "Udało mi się wstrzymać budowę. To była ostatnia decyzja Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta miasta. A z panią Hanią mam życzliwe relacje" - mówił służewski proboszcz "Gazecie Stołecznej" w marcu 2008 roku. Po katastrofie smoleńskiej bardzo się zradykalizował, tropi spiski, odszedł na emeryturę, wyprowadził się ze Służewa, więc "pani Hania" zamiast sadzić drzewa, spokojnie mogłaby już chyba wbijać pierwszą łopatę pod inwestycję drogową.

800-metrowy tunel miał kosztować według wstępnych szacunków ok. 720 mln zł. Ta suma mogła jednak wzrosnąć, gdyby należało wyregulować Potok Służewiecki. Osobiście popierałem oszczędniejszy wariant proponowany przez Biuro Planowania Rozwoju Warszawy: zjazd z Trasy Siekierkowskiej do tunelu pod al. Sobieskiego (Trakt Królewski) - estakady nad ul. św. Bonifacego i al. Wilanowską - tunel pod Nowoursynowską - wiadukt nad skrzyżowaniem z ul. Rosoła (dziś "Anody" Rodowicza). W ten sposób powstałoby coś w rodzaju drogi szybkiego ruchu z bezkolizyjnym przejazdem od węzła Marsa aż po węzeł ul. Puławskiej z Rzymowskiego. Jeszcze w 2007 r. zakładano, że odcinek w Dolinie Służewieckiej będzie budowany od 2010 r. i oddany po dwóch-trzech latach.

Niestety, ratusz swoim sposobem odwlekał decyzję w sprawie wyboru wariantu. Zlecano kolejne analizy, które pochłonęły setki tysięcy złotych, a teraz kurzą się w urzędowych archiwach. W końcu były już wicedyrektor Zarządu Dróg Miejskich p. Kazubek stwierdził, że boi się księdza proboszcza i nie zbuduje estakad. Z kolei na droższy tunel brakowało pieniędzy - właśnie zaczął się ogólnoświatowy kryzys finansowy, który w tym przypadku spadł ratuszowi jak z nieba.

Politycy mieli wymówkę, by zaniechać pilnie potrzebną inwestycję, a ówczesny wiceprezydent miasta Jacek Wojciechowicz wyraził dość naiwnie nadzieję, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zbuduje południową obwodnicę Warszawy od razu w całości z odcinkami przez Ursynów, Wilanów i Wawer. Kiedy było jasne, że tak się nie stanie, z ratusza zaczęły płynąć głosy pocieszenia, że GDDKiA dokończy południową obwodnicę w ciągu czterech-pięciu lat od oddania odcinka Konotopa - węzeł Puławska, z którego cały tranzyt przelewa się teraz na Dolinę Służewiecką.

Powodzenia, bo i te plany spełzną na niczym. Po pierwsze, ledwo udało się nakłonić rząd premiera Donalda Tuska, żeby budować tunel pod Ursynowem i dalej most na Wiśle. Jesienią 2013 r. zaczęliśmy za tym silny lobbing na łamach "Stołecznej", obudziła się też pani prezydent, która postawiła twarde żądania w sprawie dokończenia południowej obwodnicy wobec groźby odwołania w referendum. 

Donald Tusk zapowiedział, że inwestycja będzie gotowa w 2018 r. Tymczasem we wrześniu minęły już trzy lata od otwarcia węzła Puławska, a do budowy tunelu pod Ursynowem wciąż daleko. Ma się zacząć w 2017 r. i w 2020 r. Co z tego, skoro stolicy coraz bardziej grozi to, że południowa obwodnica będzie się urywała w środku wawerskiego lasu - może zabraknąć węzła Lubelska. Przetarg na jego wykonawcę ciągnie się od ponad roku i końca nie widać. Obecna ekipa w Ministerstwie Infrastruktury zdążyła pokazać, że ma dwie lewe ręce do budowy dróg i coraz mniej pieniędzy. Dobrzy są tylko w gadaniu o "życiodajnej drodze" Via Carpathia, którą planują już nie tylko przez wschodnią Polskę i całą Europę, ale jak stwierdził podczas debaty sejmowej wiceminister Jerzy Szmit - przez Turcję do... Iranu. Brednie czystej wody.

Naiwnością jest zresztą sądzić, że południowa obwodnica Warszawy spowoduje, że zniknie paraliż komunikacyjny w Dolinie Służewieckiej. Może będzie pewna poprawa, ale przecież to są inne kierunki. Południowa obwodnica jest zewnętrzna, ekspresowa, a ta w Dolinie Służewieckiej - miejska. Poza tym ratusz pozwolił na budowę ogromnego osiedla w Miasteczku Wilanów z jednej strony, a z drugiej - biurowców z 80 tys. miejsc pracy na Służewcu. Właśnie to razem z rozrastającymi się Ursynowem i podwarszawskimi okolicami Piaseczna czy Konstancina-Jeziorny dobija ruch w Dolinie Służewieckiej.

Dlatego tak ważne było jego udrożnienie planowane w zeszłej dekadzie. Skoro wtedy władze miasta szczypały się z wydawaniem pieniędzy na dwukrotnie droższy tunel, powinny wrócić do jego budowy teraz, gdy budżet Warszawy wzrósł niemal dwukrotnie. Kiedy Hanna Gronkiewicz-Waltz zaczynała rządy w stolicy, roczne wydatki miasta sięgały 8,6 mld zł, na 2017 r. zaplanowano ponad 16 mld zł. W dodatku rok w rok ogromne, miliardowe sumy pozostają niewykorzystane. Unia Europejska też wyłożyłaby zapewne fundusze na tak ważny ciąg obwodnicowy jak Dolina Służewiecka.


Fot. Przemek Wierzchowski/AG

Można też było darować sobie poszerzanie krótkiego odcinka ul. Marynarskiej na Służewcu. Po likwidacji lewoskrętów w ul. Postępu tylko dobije to tę część Warszawy. Widać już teraz, że korki przenoszą się na rondo Unii Europejskiej koło Galerii Mokotów. Na tę niepotrzebną inwestycję pójdzie aż 50 mln zł. Od ponad 3 miesięcy, gdy zamknięto tory tramwajowe na Marynarskiej do pętli Służewiec, niewiele się tam dzieje. A dziesiątki tysięcy osób codziennie męczą się w korkach i na przesiadkach. Beznadziejny pomysł poszerzania Marynarskiej i skandaliczne jego wykonanie.

(osa)

23:56, osa_oraz_smik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 listopada 2016

Spotkany po latach znajomy drogowiec opowiedział mi, jak władza ludowa w PRL-u próbowała sobie radzić z problemami, które sama tworzyła także na odcinku drogowym. Generalnie budowało się niewiele, a jeśli już, to nie do końca. Tak było np. z Trasą Łazienkowską - sztandarową inwestycją epoki Edwarda Gierka. O ile w środku Warszawy udało się stworzyć drogę szybkiego ruchu (gdy akurat wkrótce po otwarciu nie była w remoncie, nie wymieniano pofałdowanego asfaltu z Albanii itp.), o tyle na obu końcach tworzyły się spore korki mimo niewielkiego ruchu w porównaniu z obecnym. Tak było koło pomnika Lotnika na Ochocie (niedokończony do dzisiaj fragment na Wawelskiej - a miał być tunel) i w węźle Marsa na Gocławku.

W latach 70. zbiegały się tutaj tylko ul. Ostrobramska na przedłużeniu Trasy Łazienkowskiej, ul. Marsa od strony Rembertowa i Płowiecka na linii Wawer - Grochów. W połowie poprzedniej dekady doszła jeszcze Trasa Siekierkowska. Wciąż tworzą się korki, choć powstały wielkie i długie estakady z rondem turbinowym.


Fot. Robert Kowalewski/AG

A w latach 70. często przejeżdżał tędy ówczesny premier Piotr Jaroszewicz, mieszkaniec Anina (zamordowany tamże w 1992 r.). Osobiście ponoć interesował się, jak zapewnić płynność ruchu w węźle Marsa. Pamiątką po Jaroszewiczu jest też trasa nadwiślańska z obwodnicami Otwocka, Karczewa, Sobienia-Jezior i Wilgi - w jej pobliżu PRL-owski premier jeździł do ośrodka wypoczynkowego Rady Ministrów. Według legendy miejskiej, a raczej wiejskiej, pewnego razu wjechał w krowę, zdenerwował się i polecił wytyczyć wygodną drogę.

Podobnie było z węzłem Marsa. Według mojego znajomego drogowca, który w latach 70. pracował w wojewódzkim wydziale komunikacji, premier Jaroszewicz wyasygnował rządowe pieniądze i polecił sprowadzić z Hiszpanii, by zainstalować właśnie w węźle Marsa pierwszą w Polsce pętlę indukcyjną do sterowania ruchem. Sygnalizacja świetlna miała się dostosowywać do liczby nadjeżdżających samochodów. Problemy występowały zwłaszcza w niedzielne wieczory, gdy tworzył się spory korek wracających do miasta i oczekujących na skręt w lewo z Płowieckiej w Ostrobramską do Trasy Łazienkowskiej. Jezdnia była megaszeroka (pośrodku wytyczono dwa osobne pasy dla skręcających).

- Nie mieliśmy wtedy asfaltu, który mógł zastygać na zimno, by nie uszkodzić pętli indukcyjnej zatopionej w nawierzchni. Ktoś wpadł na pomysł, by wykorzystać żywicę epoksydową - wspomina mój rozmówca. - Niestety, kierowcy ruszający na wysokich obrotach szybko wykruszyli ten materiał i pętle indukcyjne wkrótce przestały pracować. Pech chciał, że w niedzielę wieczorem Jaroszewicza zabolał ząb. Ruszył z Anina do kliniki rządowej przy Emilii Plater i od razu stanął w korku na ul. Bronisława Czecha, który zaczynał się jeszcze przed wiaduktem na Płowieckiej nad linią PKP. Tak się wkurzył, że polecił budowę drugiego wiaduktu. Doszło nawet do tego, że przerwano toczące się właśnie prace przy wiaduktach na Marsa, żeby jak najszybciej oddać ten przejazd na Płowieckiej dla Jaroszewicza.

(osa)

17:28, osa_oraz_smik , Korki
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 listopada 2016

Tegoroczny sezon rowerowy powoli zmierza ku końcowi. Przynajmniej dla mnie, choć nowa szefowa "Stołka" Ola Sobczak zachęcała w niedawnym felietonie, by nie odstawiać swoich dwóch kółek na zimę, tylko po prostu właściwie się ubierać. Być może popełniłem jakiś błąd, bo przejażdżkę w ostatnią niedzielę wzdłuż Wisły od Dolnego Mokotowa po Tarchomin i Nowodwory przypłaciłem potężnym katarem, a mój głos stał się bardzo radiowy ;-)

W każdym razie warto było jeszcze trochę popedałować, bo nad Wisłą wiele się dzieje mimo mało sprzyjającej - jak by się mogło wydawać - pory roku. A propos w kilku miejscach przy brzegach zastałem fikuśne skrzynki z huśtawkami i napisem "Do lata!".

Fot. Anna Liminowicz/UM

Przegapiłem informację, że to element inauguracji sezonu zimowego nad Wisłą. Większość "skrzynek" z huśtawkami, które mijałem i na prawym, i na lewym brzegu, była oblężona przez dzieciaki i ich rodziców. Świetny pomysł!

W niedzielę normalnie trwała też budowa przejścia podziemnego pod Wisłostradą na wysokości ul. Bednarskiej:

Wbrew obawom ta inwestycja nie powoduje dodatkowo makabrycznych korków. To znaczy w dni powszednie w godzinach szczytu Wisłostrada niezmiennie stoi od strony Żoliborza (już przy Kępie Potockiej, więc po co było planować most Krasińskiego z trasą za 1,2 mld zł?) do fatalnych świateł przy Grodzkiej i Nowym Zjeździe, czyli do mostu Śląsko-Dąbrowskiego.

A prace przy kolejnym odcinku bulwarów wiślanych wreszcie idą tak, że aż miło patrzeć. Po cichu liczę, że będzie dostępny wcześniej niż dopiero w wakacje przyszłego roku, jak zapowiada ratusz. W końcu (po ilu to latach?) będzie można przejechać rowerem blisko rzeki bez kluczenia objazdami. Chyba że miasto od razu zleci przebudowę kolejnego fragmentu w stronę mostu Świętokrzyskiego i Portu Czerniakowskiego.

W tej okolicy doskonałe wrażenie od strony rzeki robi nowy biurowiec na terenie Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego. To miejsce jest mi wyjątkowo bliskie - u Wioślarzy dawno, dawno temu wyprawialiśmy wesele. Kto by wtedy powiedział, że będziemy w awangardzie nocnego życia Warszawy nad Wisłą. Lokal znikł, miłość - przeciwnie, żałuję tylko, że żona nie chce ze mną jeździć na rowerze...

A tu tyle miejsc do odkrycia. Np. nowa kładka pieszo-rowerowa:

Dotarłem tam już o zmierzchu. Fantastyczne widoki. Z jednej strony Wisła z Lasem Bielańskim, z którego wystają wieże kościoła pokamedulskiego przy Dewajtis (pozdrowienia dla księdza Wojtka!). Z drugiej strony industrialny krajobraz Elektrociepłowni Żerań z Portem Żerańskim i śluzą prowadzącą do kanału w stronę Jeziora Zegrzyńskiego. Zaskoczeniem było dla mnie to, że otwarta w zeszłym miesiącu kładka, którą w zeszłym tygodniu Rada Warszawy nazwała oficjalnie "Żerańską" (dobrze, że ta najbardziej adekwatna i prosta nazwa wygrała w plebiscycie internetowym), wznosi się nad dwoma akwenami. Po północnej stronie znajduje się bowiem druga odnoga Wisły, ale zakończona ślepo a nie śluzą.

Przy kładce byłem już w sierpniu, szykując weekendową trasę dla Czytelników w naszym letnim cyklu rowerowym, który ukazywał się w piątkowym "Magazynie Stołecznym". Prace przy przeróbce tej konstrukcji były wtedy już mocno zaawansowane. Jednak dopiero teraz miałem okazję spenetrować zupełnie dziewiczy dla mnie teren na północ od kładki. Prowadzi tam wytyczony szlak rowerowy, który okrąża miejsce, gdzie dawniej składowano popioły z EC Żerań (ich transport odbywał się właśnie przez niedostępną wtedy dla publiki kładkę). Z wału wiślanego, gdy jedzie się rowerem, roztacza się też widok dziwny - na budowę osiedla z niebywale ciasno zaplanowanymi blokami. Współczuję przyszłym lokatorom (o ile ktoś się skusi) sąsiedztwa elektrociepłowni i Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej.

Było już prawie ciemno, a do kładki Żerańskiej jechali, szli i biegli. Sami, we dwoje i grupami. Od strony Pragi i z Tarchomina. Kładka Żerańska widzi mi się jako najlepsza zmiana, jaka dokonała się w tym roku w Warszawie, a już na pewno nad Wisłą. Teraz trzeba to miejsce rozreklamować.

(osa)

22:12, osa_oraz_smik , Wisła
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 listopada 2016

Swego czasu toczyły się w Warszawie dyskusje o wprowadzeniu przystanków na żądanie dla tramwajów. Są takie odludne miejsca, gdzie pasażerowie zaludniają tylko niektóre kursy, w ściśle określonych porach dnia. W pozostałych motorniczowie niepotrzebnie zwalniają, zatrzymują się, wachlują drzwiami i ruszają. Strata czasu reszty pasażerów i energii. Tak jest np. na ul. Jagiellońskiej między rondem Starzyńskiego a pętlą Żerań FSO, na ul. Annopol przed pętlą Żerań Wschodni czy na Wolskiej przy Cmentarzu Prawosławnym.

Ale jak to zwykle u nas bywa, urzędnicy sobie pogadali, poplanowali i niewiele z tego wynikło. Może poza zawieszaniem na soboty i niedziele przystanków tramwajowych na ul. Połczyńskiej przy cieszącym się najniższą frekwencją parkingu przesiadkowym.


Fot. Darek Bartoszewicz

A teraz przenieśmy się do Szwajcarii, a dokładnie do jej wschodniego kantonu Gryzonii. Wzdłuż doliny Engadyny, którą płynie malowniczy Inn, prowadzi linia Kolei Retyckich wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Nie jest to jednak transport muzealny albo tylko dla fanów kolejnictwa, o czym mógł się niedawno przekonać mój redakcyjny kolega. Czekał na pociąg na kameralnej stacji Susch, gdzieś między bardziej znanymi miastami St. Moritz a Dawos.

Choć Susch to mieścina, którą zamieszkuje niewiele ponad 200 osób, pociągi odjeżdżają stąd regularnie, w równym takcie co godzinę. Np. w stronę St. Moritz trzy minuty przed pełną godziną (xx:57) + co jakiś czas 17 minut po pełnej godzinie. Stacja jest bezobsługowa ("Unbedienter Bahnhof"), o czym Koleje Retyckie informują na swojej stronie internetowej. Najbliższa stacja z obsługą znajduje się 9 min dalej w Zernez - osobiście mogłem się przekonać, że to świetnie zorganizowany punkt przesiadkowy do autobusów wyruszających do poprzecznej doliny z jedynym w Szwajcarii parkiem narodowym:


Żeby dostać się z maleńkiego Susch na wielkie lotnisko w Zurychu (pokonanie ponad 170 km z dwoma lub trzema przesiadkami zajmuje 2h 38 min - 2h 47 min), trzeba najpierw podjechać pociągiem do sąsiedniej stacji Sagliains. A wsiąść do tego pierwszego pociągu, należało powiadomić jakiś kwadrans wcześniej obsługę. W tym celu wciska się środkowy guzik w zadaszonym panelu informacyjnym na peronie. To sygnał, że pociąg powinien się zatrzymać, że ktoś na niego czeka w Susch - inaczej minie tę stacyjkę bez zatrzymania. I pociąg na żądanie, rzeczywiście przystanął.


Fot. Darek Bartoszewicz

Koleje Retyckie to absolutnie fantastyczna atrakcja turystyczna, a dla fanów pociągów niezapomniane przeżycie. Zainteresowanych odsyłam do opisów trasy Bernina Express z Tirano we Włoszech do Chur, stolicy szwajcarskiej Gryzonii, które zamieściłem w blogu w długi majowy weekend 2014 r.:
http://autobusczerwony.blox.pl/2014/05/Weekend-w-Bernina-Express-cz-1.html
http://autobusczerwony.blox.pl/2014/05/Weekend-w-Bernina-Express-cz-2.html
http://autobusczerwony.blox.pl/2014/05/Weekend-w-Bernina-Express-cz-3.html

 

A co do przystanków na żądanie - uważam, że także autobusy powinny się zatrzymywać tylko wtedy, gdy kierowca widzi czekających pasażerów albo jeden z nich jadących w środku naciśnie guzik.

(osa)

23:10, osa_oraz_smik , Ze świata
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 14 listopada 2016

Jadąc ul. Zwoleńską z Zerznia do nowego tunelu pod torami PKP w Międzylesiu, dogoniłem autobus linii 147. A ponieważ nie było go jak wyprzedzić ani w trakcie jazdy, ani jak ominąć podczas postojów na kolejnych przystankach, miałem okazję zaobserwować, co pokazuje wyświetlacz na tylnej szybie. Były tam dwa mikroskopijne napisy - górny "Torfowa" z nazwą powszechnie nieznaną (czyli adekwatnie do jelonkowskiej pętli Znana dla linii 520) i przewijający się dołem: "Przez Starą Miłosną".

Jest to co prawda dopuszczalna - ku mojemu zdziwieniu - przymiotnikowa forma biernika nazwy Stara Miłosna, mimo wszystko razi po oczach. Bardziej lubiłbym deklinację rzeczownikową, czyli "Przez Starą Miłosnę". A już najbardziej to, gdyby na wyświetlaczu osiedle to widniało w mianowniku, bo tam właśnie ZTM przedłużył trasę linii 147 po otwarciu tunelu w Międzylesiu. I bez przewijania ani żadnych Torfowych. Bo kto na trasie linii 147 od Dworca Wschodniego przez Saską Kępę, Gocław i Zerzeń (kolejna ciekawa nazwa z tej części Warszawy) orientuje się, gdzie  jest ta Torfowa.


Fot. ZTM

Niedawno ZTM pochwalił się, że w nowych solarisach, którymi od grudnia będzie woziła warszawiaków debiutująca w naszym mieście firma Arriva Bus, zainstalowano nowego typu wyświetlacze. Pokażą jasne litery. To kolejny eksperyment po wyświetlaczach zielonych i pomarańczowych. Białe napisy mają być bardziej kontrastowe, a przez to lepiej widoczne dla pasażerów.

Wydaje mi się jednak, że kluczem do sukcesu jest nie tylko odpowiedni kolor liter i cyfr co ich wielkość. W obecnych solarisach zdarzają się maciupkie numery linii, do tego nadmiar informacji. Nazwa pętli powinna być jak najkrótsza, żeby nie trzeba jej było przewijać i żeby mieściła się na wyświetlaczu w całości.

(osa)

18:31, osa_oraz_smik , Autobusy
Link Komentarze (9) »
czwartek, 10 listopada 2016

Różne przypadki przydarzyły mi się w czteroletniej historii korzystania z miejskich rowerów Veturilo, ale dziś system ten zaskoczył mnie czymś nowym. Już nie przebita opona, zerwany łańcuch, niedziałająca przerzutka, obluzowane siodełko czy niewypinający się rower ze stojaka, ale zniknięcie całej stacji. Była, działała i wyparowała.

Wypożyczalnia w al. Jana Pawła II stała naprzeciwko Hali Mirowskiej. Zapewne zlikwidowano ją przy okazji tegorocznego, długo odkładanego remontu torów tramwajowych na tej ulicy, który wiązał się z jej większą przebudową. Żeby pomieścić nowe, poszerzone przystanki tramwajowe na wysokości Hali Mirowskiej, rozsunięto obie jezdnie. Trzeba więc było zabrać stację Veturilo. Tylko dlaczego nie wróciła po zakończeniu prac we wrześniu? I dlaczego nikt nie poinformował o jej przeniesieniu?

Dobrze, że na umówione spotkanie w biurowcu Atrium przyjechałem z zapasem czasu, więc zdążyłem sprawdzić przez internet lokalizację najbliższych stacji, choć informacja wprowadza w błąd:

Na mapce wypożyczalni brak - zgodnie ze stanem faktycznym, ale już w spisie stacji ta pod numerem 6319 cały czas istnieje w lokalizacji al. Jana Pawła II - pl. Mirowski. Owszem, wokół jest tutaj sporo stojaków rowerowych, ale nie można w nich zwrócić Veturilo.

Sam remont al. Jana Pawła II dał cyklistom nowe możliwości. Jazda po Śródmieściu staje się coraz większą przyjemnością. Dzisiaj musiałem się przedostać z urzędu skarbowego przy pl. Starynkiewicza do Atrium, a ponieważ dojazd stamtąd komunikacją miejską nie jest najwygodniejszy (albo przesiadka, albo kawał drogi do przystanków), wziąłem rower. Po 10 minutach byłem na miejscu - najpierw Żelazną po jezdni, a od Prostej - przez wygodne drogi rowerowe.

Przy skrzyżowaniu al. Jana Pawła II z Grzybowską natknąłem się na infrastrukturalny absurd:

Droga rowerowa odbija w Grzybowską od głównego szlaku w al. Jana Pawła II i już po kilku metrach urywa się na klombie.

Ogólnie jednak wyodrębnione z jezdni ścieżki dla rowerzystów w al. Jana Pawła II uważam za wygodniejsze i bezpieczniejsze rozwiązanie od pasów rowerowych, które można spotkać na innych ulicach Śródmieścia. Choćby na pobliskiej ul. Emilii Plater. Do kolekcji obrazków z samochodami zaparkowanymi na części jezdni zarezerwowanej teoretycznie dla rowerzystów dołączam dwa z dzisiejszego przejazdu między al. Jana Pawła II a redakcją "Gazety". Najpierw ul. E. Plater przy hotelu Intercontinental (to ten z "jedną nogą" vis-a-vis Pałacu Kultury):

I kolejny z ul. Noakowskiego, gdzie teoretycznie istnieje droga rowerowa obok jezdni. Tak się składa, że gdy tamtędy przejeżdżam, akurat zamienia się w parking. Dzisiaj stały na niej tylko dwa samochody - furgonetka na zdjęciu, a za nią osobówka:

(osa)

13:44, osa_oraz_smik , Rowery
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 153

Gazeta.pl Warszawa