piątek, 25 stycznia 2013

Po cichu Zarząd Transportu Miejskiego zmienił rozkład jazdy popularnej linii 17 (Metro Młociny - Służewiec). Stało się to w cieniu uruchomienia nowego połączenia na Tarchomin, które jeszcze długo nie będzie się cieszyć tak dużą frekwencją jak 17-ka. Kursy tej linii podzielono na dwa warianty - mniej więcej połowa kończy się na pętli Metro Marymont. Wszystko zostało przeprowadzone bez jednej nawet informacji dla pasażerów, nawet na swojej stronie internetowej ZTM nie zaznaczył na czerwono numerka 17, co dla jej użytkowników jest jasnym komunikatem: tu zaszła jakaś zmiana.

Taka polityka zaskoczyła pasażerów, którzy teraz dojeżdżają 17-ką do przystanku za skrętem ze Stołecznej w ul. Słowackiego, i słyszą od motorniczych, że muszą wysiadać. Dochodzą do mnie informacje o powtarzających się z tego powodu scysjach, protestach, wydłużonym postoju, blokowaniu przejazdu następnym tramwajom.

Czy można było tego uniknąć? Przede wszystkim zmiana nie była konieczna. Jeśli ZTM przekonuje teraz, że na Marymonckiej jeździ za dużo tramwajów, to powinien stamtąd wycofać prawdziwy muchowóz, czyli 6-kę, a nie połowę kursów 17-ki. A jeśli już trzeba było skracać trasę tej ostatniej (prawdziwy powód jest taki, że zbyt duża liczba tramwajów po uruchomieniu 2-ki z Tarchomina blokuje hipernowoczesną pętlę Metro Młociny), to należało do tego wykorzystać pętlę AWF a nie wcześniejszą Metro Marymont przy Potockiej. Do Podleśnej czy właśnie AWF-u, a także pobliskiego Szpitala Bielańskiego dojeżdża jeszcze spora część pasażerów 17-ki, która rzeczywiście wyludnia się stopniowo wzdłuż Marymonckiej.

Chwali się ZTM-owi, że wreszcie (ile to już miesięcy temu pisaliśmy o tym w "Gazecie"?) wzmocnił rozkład 17-ki w kierunku Służewca (co 4 minuty w szczycie). Przesadą jest jednak ścięcie kursów na Marymonckiej do 15-20 minut wieczorami czy w weekendy. To żadna oferta dla pasażerów z tego rejonu, nawet jeśli nie ma ich zbyt wielu. W dodatku rozkłady są tradycyjnie tak źle ułożone, że pocięta 17-ka jeździ w kilkuminutowych zaledwie odstępach od 6-ki.

I wreszcie sprawa zasadnicza: czy skrócone kursy 17-ki nie powinny być oznaczone osobnym numerem? Teraz łatwo o pomyłki, bo większość pasażerów nie zawraca sobie głowy ani wczytywaniem się w wyświetlacze nad przednią szybą tramwaju, ani nie wgłębia się zbytnio w oliterkowane rozkłady (znak, że kurs jest skrócony). A jeśli nawet ludzie patrzą na wyświetlacz, łatwo im przeoczyć napis "Metro Marymont" podobny do napisu "Metro Młociny".

Dlatego uważam, że trzeba wprowadzić oddzielne oznakowanie nowej linii. Rozumiem, że pasażerom łatwiej będzie korzystać z jednego rozkładu jazdy ze wspólnymi godzinami odjazdów dla 17-ki normalnej i skróconej (z literką A). Moim zdaniem ZTM powinien więc wprowadzić na tablice numer 17A. Do rozważenia jest oczywiście 37, raczej nie 47 (taka linia jako dubler 17-ki już kursowała), bo kursy skrócone mamy przez cały tydzień. A może nawet 16, gdyby ZTM wycofał wreszcie tę linię z Pragi. Dawniej mieliśmy w Warszawie linie "bis". W latach 80. ówczesne MZK stwierdziły jednak, że te dodatkowe trzy litery są nieczytelne na tablicach i zaczęły się przeróbki w numeracji, np. linia autobusowa 180bis zmieniła się wtedy w 131, a 145bis w 132 (dziś obie mają ze sobą już raczej luźny związek). Wygląda na to, że czas zacząć nową erę: rodziny linii typu 17 i 17A.

(osa)

10:39, osa_oraz_smik , Tramwaje
Link Komentarze (44) »
wtorek, 22 stycznia 2013

Zgodnie z przewidywaniami uruchomienie ogryzka tramwajowego na Tarchomin ucieszyło nielicznych, za to rozwścieczyło większość. Duże niezadowolenie wywołały nieskonsultowane, jak to zwykle robi Zarząd Transportu Miejskiego, zmiany tras i rozkładów autobusów. Sam szef ZTM Leszek Ruta zapowiada, że niewykluczone są poprawki na linii 516. Najlepiej byłoby, gdyby po prostu wróciła na dawną trasę do Nowodworów, bo nie ma co liczyć na to, że uruchomiona w jej zastępstwie linia 214 będzie dowozić tłumy do tramwajów na przystanku przesiadkowym przy Świderskiej. To jednak jeszcze nie ten etap, żeby ”zmieniać nawyki komunikacyjne”.

Widoczna jest też niekonsekwencja ZTM. Z jednej strony ścina rozkład i zmienia trasę 516, a z drugiej - jak słyszę - nadal istnieje sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem plan przywrócenia tramwajów linii 16 do pętli Żerań FSO, gdzie krańcuje też 516. Sądziłem, że ostatnie zmiany w rozkładzie 17 (połowa kursów skrócona do odcinka Służewiec - Metro Marymont z podniesieniem częstotliwości do 4 minut) to wstęp do likwidacji 16-ki, ale nie: na Jagiellońskiej, gdzie pasażerów niewielu, po przywróceniu pełnosprawności pętli Żerań FSO (od kilku lat działa tam tylko jeden tor postojowy) znów mają jeździć aż trzy linie tramwajowe.

Cieszy natomiast plan, że przedłużana trasa tramwajowa na Tarchominie ma być otwierana w kolejnych kawałkach. Czyli nie od razu do pętli przy ul. Mehoffera - będą etapy pośrednie. Można więc sobie wyobrazić, że zawrotka podobna do tej, która działa za przystankiem Stare Świdry, zostanie przeniesiona np. w okolicę końcowego przystanku autobusów w zespole Tarchomin (Światowida/Ćmielowska). Dowożenie pasażerów w to miejsce byłoby już bardziej uzasadnione niż teraz.

Inny problem to zbyt wysoka częstotliwość kursowania tramwajów linii 2. Uważam, że jeśli nie zaczną jeździć rzadziej, ZTM straci mandat do wprowadzania zapowiedzianych cięć oszczędnościowych na innych liniach.

Na początek przygotowywane są poprawki innego rodzaju. Z linii 145 (Wiatraczna - Ząbki - Bródno - Żerań FSO) ma być wydzielona z powrotem linia 345 na trasie Ząbki (nowe osiedla w okolicach ul. Powstańców) - Bródno/Targówek (ta końcówka nie jest jeszcze przesądzona). Władze Ząbek mają to dofinansować. Zmiana planowana na przełom stycznia i lutego powinna poprawić regularność tego połączenia. Autobusy 145 łapią spore opóźnienia w korkach na przebudowywanej bez końca ul. Marsa czy na Chełmżyńskiej przed często opuszczonymi szlabanami na przejeździe kolejowym w Wygodzie.

(osa)

11:52, osa_oraz_smik , Autobusy
Link Komentarze (19) »
piątek, 18 stycznia 2013


Fot. Agata Grzybowska/AG

Z zażenowaniem obserwuję, jak rozwija się krucjata przeciwko fotoradarom, którą rozpętały przed tygodniem tuzy polskiego dziennikarstwa - red. Lis i red. Żakowski. Najpierw był jeden program w Radiu TOK FM, gdzie uprawiali jawną prywatę, skarżąc się na fotoradary ustawione po drodze do studia (Jacek Żakowski pomylił przy tym ul. Goworka ze Spacerową). Potem mieliśmy ciąg dalszy w programie telewizyjnym Tomasza Lisa, który tak się naindyczył, że zaczął przytaczać nieprawdziwe - jak się później okazało - dane o rzekomo niewielkiej liczbie fotoradarów na Słowacji. A potem wybuchła już reakcja łańcuchowa - po podpaleniu zapalnika przez Lisa i Żakowskiego za fotoradary wzięły się tabloidy, telewizja TVN, a nawet rozsądny wydawałoby się tygodnik ”Polityka”. Wreszcie - to już oczywiste - politycy.

Dostałem nawet krytyczną opinię z Polskiego Związku Motorowego. Tak pisze jego prezes Andrzej Witkowski: „Z jak najbardziej słusznej idei podniesienia bezpieczeństwa na polskich drogach zrobiliśmy rzecz niedopuszczalną, wybijając na plan pierwszy źródło przychodów do budżetu państwa, a nie szczytną sprawę poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego. Jeżeli taka ma być polityka rządu w stosunku do zmotoryzowanych, to ja mam do Premiera jedno pytanie: jak jeździć, Panie Premierze?”.

Odpowiedź jest prosta: zgodnie z przepisami, p. prezesie PZMot. Większość komentatorów ma używanie właśnie z tego, że w projekcie budżetu na 2013 r. znalazł się zapis, ile pieniędzy ma być ściągniętych z fotoradarów. Dorabia się więc ideologię, że są ustawiane właśnie w tym celu, a nie po to, by zatrzymać w końcu ten szaleńczy pęd na naszych drogach i ulicach.

Jesienią 2012 r. nasz redakcyjny kolega Piotrek Machajski, który pisał wtedy o fotoradarach, przeprowadził eksperyment: przejechał w tę i z powrotem Wisłostradą 27 km przez całą Warszawę - od Powsina po Młociny (już wtedy podniosło się wielkie larum, że fotoradar łupie kierowców na wysokości Karowej ). W jedną stronę jechał zgodnie z przepisami, respektując wszystkie ograniczenia prędkości, w drugą pruł już jak reszta aut. Okazało się, że zyskał zaledwie 3 minuty. I warto tak pędzić?

Tymczasem robi się nie wiadomo jaki dramat z tego, że ta garstka fotoradarów w porównaniu z państwami w zachodniej Europie wreszcie zaczęła w Polsce działać i przynosić efekty. W zeszłym roku w wypadkach samochodowych zginęło 669 osób mniej niż w 2011 r., w Warszawie mieliśmy 40-procentowy spadek - z 90 w 2011 r. do 55 (ale w 2010 r. ofiar w stolicy było 57). Wcześniej na fotoradary mało kto zwracał uwagę, bo stawiano głównie atrapy, a jak już działały, to była kupa śmiechu, bo policjanci i strażnicy miejscy nie byli w stanie obrobić wszystkich zdjęć i rozesłać mandatów kierowcom. Teraz system namierza delikwenta i wysyła mu zdjęcie w kilka dni. Fotoradary zrobiły się groźne i dlatego zaczęła się nagonka. Wielki tylko wstyd, że przyczynili się do tego szanowani dziennikarze.

A redaktorowi Żakowskiemu i wszystkim, którzy dziwią się, dlaczego fotoradar stanął w okolicach przejścia dla pieszych na ul. Spacerowej i jej skrzyżowania z ul. Goworka, dedykuję kilka zdjęć z bogatego archiwum ”Gazety” (mamy tam blisko, a stłuczek i wypadków nie brakuje):


Fot. Wojciech Olkuśnik/AG


Fot. Filip Klimaszewski/AG 


Fot. Bartosz Bobkowski/AG

 
Fot. Dariusz Borowicz/AG

Z relacji ”Dzień na żywo” na warszawa.gazeta.pl 9 stycznia 2012 r.:

„Jadący ulicą Spacerową od Puławskiej fiat panda wyleciał na łuku drogi z jezdni i zderzył się czołowo z jadącym od Gagarina fiatem seicento. Samochody zablokowały dwa pasy ruchu, w stronę Puławskiej przejezdny jest tylko jeden pas - informuje nasz reporter Dariusz Borowicz”.

Są jeszcze jakieś wątpliwości w sprawie fotoradaru na Spacerowej?

(osa)

I jeszcze dopisek, bo rzadko się zdarza, by na drogach w całym kraju nie było ani jednej śmiertelnej ofiary wypadków, a taką sytuację mieliśmy i w sobotę, i niedzielę 19-20 stycznia. Z depeszy Polskiej Agencji Prasowej: ”W sobotę i niedzielę, gdy panowały najgorsze warunki na drogach, nie było ofiar śmiertelnych, W niedzielę doszło jedynie do 25 wypadków (28 osób rannych), a w sobotę do 47 (78 rannych). W piątek odnotowano 63 wypadki i oprócz czterech osób zabitych, było 70 rannych. (...) - Kierowcy byli bardzo ostrożni, jeździli spokojniej, bo były trudne warunki pogodowe, padał śnieg, było ślisko. To skłaniało do rozwagi na drogach - powiedział asp. szt. Tomasz Sitek z biura prasowego stołecznej policji”.
Co pokazuje po pierwsze, że prędkość, której nie można rozwijać przy padającym śniegu, jest główną przyczyną drogowych tragedii. Po drugie zaś, że można jednak nie pędzić (jak trzeba i jak się tego chce).

19:01, osa_oraz_smik , Remonty
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 14 stycznia 2013

To jeden z najbardziej beznadziejnych pomysłów Zarządu Transportu Miejskiego: linia tramwajowa z tarchomińskiego ogryzka przez most Północny jednak do Metra Młociny jako całkowity dubel autobusów, mało tego - żeby napędzić do niej pasażerów, ma być rozwalona komunikacja autobusowa w części Tarchomina. Niektórzy bulwersują się, że tramwaje będą oznaczone numerem 2, który przez długie lata kojarzył się z Bródnem i mostem Gdańskim, ja znalazłem dla tego wyboru wytłumaczenie. Po pierwsze, to linia obsługiwana taborem DWUkierunkowym przez Swingi DUO, po drugie - dosłownie DWA nowe przystanki, a po trzecie, oznacza aż DWIE przesiadki m.in. dla pasażerów z ul. Odkrytej na Nowodworach, żeby dostać się do metra.

Przesiadka nr 1 - jak podał w komunikacie ZTM, ”wygodna z autobusu do tramwaju” - ma się odbywać w takich oto warunkach:

Z ul. Świderskiej na przystanek tramwajowy prowadzą strome schody (ok. 50 stopni). Oczywiście jest też winda, która prezentuje się tak: 

Ponieważ miasto nie żałowało pieniędzy (uzbierało się 1,1 mld zł) na most Północny i jego trasę, wybudowano ją z wypasem, to na tym pustkowiu jest też winda nr 2:

Czekać na tramwaj w tym miejscu, to sama przyjemność - polecamy zwłaszcza paniom. Wiaty przystankowe i megawysokie ściany ekranów akustycznych już pobazgrolone.

Inna rzecz, że to czekanie nie będzie wcale długie, bo mistrzowie w ZTM wymyślili, że na trasę, która prowadzi donikąd wypuszczą tramwaj co 5 minut w godzinach szczytu i co 7-8 w pozostałych porach dnia i w weekendy. Taki pomysł powstał w momencie, gdy trzeba ścinać rozkłady innych linii i szukać 190 mln zł oszczędności. Na wygwizdów będą też podjeżdżać jeden za drugim autobusy aż 4 linii: 211, nowa 214, 741 i 516, która dotąd była reklamowana jako zapychacz tramwajów na pętli Żerań FSO. Tam nie udało się uratować frekwencji i tramwaje odjeżdżają z reguły puste, a spora część pasażerów dojeżdżających na Żerań FSO ewakuuje się do autobusów w kierunku stacji metra na Żoliborzu lub bezpośrednich linii autobusowych w kierunku centrum.

W najnowszym projekcie dla Tarchomina bzdura bzdurę pogania. Znowu płacimy za niekompetencję urzędników ZTM, którzy od lat nie są w stanie doprowadzić do rozpoczęcia budowy trasy tramwajowej w głąb osiedli na Tarchominie.

(osa)

13:09, osa_oraz_smik , Tramwaje
Link Komentarze (24) »
sobota, 12 stycznia 2013

Dobra decyzja Hanny Gronkiewicz-Waltz w sprawie nocnych kursów metra: w weekendy nie do godz. 3, tylko gdzieś do 1.30-1.45, ale też nie do północy, jak się jeszcze tydzień temu odgrażał Zarząd Transportu Miejskiego.

Kiedy padła zapowiedź oszczędności w komunikacji, pani prezydent nagle zaczęła mówić, że metro nocą to luksus, choć była to jedna z jej pierwszych, oczekiwanych przez wielu pasażerów decyzji. Duży sukces. Nie zgadzam się, że 10 tys. pasażerów korzystających z nocnego metra to mało i szkoda na to pieniędzy. Kwoty są zresztą śmiesznie niskie - co to jest 3,5 mln zł, kiedy trzeba zaoszczędzić 190 mln?

Gdyby te 10 tys. pasażerów przewozić nocnymi autobusami, jeszcze by się okazało, że więcej z tym zachodu, niż to warto. Dodatkowa linia czy częstsze kursy linii istniejących? A jeśli to drugie, to co z copółgodzinnym sabatem przy Dworcu Centralnym?

A tak metro pojeździ sobie do pół do drugiej i żadnej dodatkowej linii nocnej uruchamiać nie potrzeba, bo potem do rozwiezienia - jak podał szef ZTM Leszek Ruta - zostanie tylko ok. 10 proc. tych, którzy nie załapią się na metro. Dobrze, że władza słucha czasem krytyki i potrafi zmienić zdanie. To się chwali.

(osa)

22:57, osa_oraz_smik , Metro
Link Komentarze (5) »
piątek, 11 stycznia 2013

Wdzięczne jest życie miejskiego reportera, który zajmuje się transportem. Zaalarmowany przez mieszkańców Ochoty pojechałem na ich spotkanie z radnymi. Gorący temat: płatne parkowanie. Ludzie protestują, bo zniknie jedna czwarta miejsc parkingowych.


Fot. Marcin Kucewicz/AG

Siedzę więc przed rozpoczęciem burzliwych obrad, gdy nagle wchodzi Anna Mucha. Rozdaje wkoło uśmiechy, macha do publiczności (w tej roli dziś akurat jej sąsiedzi), wita się wylewnie z koleżanką radną (bo kiedyś sama radną była). Mnie pyta, czy mam porządek obrad.
- Nie mam. Nie jestem radnym - odpowiadam.
- To kim pan jest?
- A pani? - udaję niemotę.
- No, ja jestem aktorką - dziwi się bardzo znana artystka. Pyta, czy może się przysiąść. Może. Upewnia się: - Czy ja pana nie peszę?
- Skądże - odpowiadam (ale trochę mnie zatkało, bo takiego pytania jeszcze w życiu nie słyszałem). Na prośbę sąsiadki wyposażam ją w wyrwane z notesu kartki i długopis z napisem ”Pogotowie reporterskie Gazety Wyborczej”. A kiedy aktorka Mucha kończy swą kwiecistą kwestię (”My, mieszkańcy o zupie, wy urzędnicy o...”, ”Prawo jest prawem, a życie jest życiem”), 
ośmielam się nawet zainteresować, w której części Ochoty mieszka. Na to aktorka Mucha wyraża kategoryczny sprzeciw, prosi, by nie pisać o niej ani słowa, chyba że... pod pseudonimem. Uspokajam znaną artystkę, że nie pytałem przecież o jej dokładny adres. Mimo to, wychodząc ze spotkania (nawet jeszcze nie w jego połowie), nachyla mi się do ucha: - Proszę pana, niech pan nie pisze, gdzie mieszkam.

Rozkładam ręce. Przecież nie wiem, gdzie. Na pożegnanie słyszę udawaną rezygnację w głosie: - Mam nadzieję, że nikt "Wyborczej" nie czyta...

(osa)

21:11, osa_oraz_smik , Parkowanie
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2

Gazeta.pl Warszawa