poniedziałek, 30 listopada 2009

Biletomaty dwóch konkurencyjnych firm obok siebie przy wejściu na stację metra Marymont od strony pętli autobusowej

Kiedy ich nie było, ciągle mieliśmy używanie - bo co to za miasto, gdzie wieczorem nie można kupić biletów na tramwaj czy autobus. Teraz biletomaty już wprawdzie są, a jakże, ale ich obecność nadal może być powodem żartów. Jak już bowiem pisał Konrad Majszyk na konkurencyjnym blogu (:-), lubią występować parami. Jeden stawia Mennica Polska, a obok drugi (paskudny żółto-niebieski) firma Asec.

Taką właśnie parkę biletomatów spotykam przy wejściu do stacji metra Marymont (tego o urodzie stodoły, bliżej pętli autobusowej). Z ciekawości obszedłem stację, spodziewając się, że w związku z tym dubeltem po drugiej stronie biletomatów nie zastanę żadnych. Jakież było moje zdziwienie, gdy spotkałem tam trzy kolejne poupychane, gdzie tylko się da: przy windzie na antresoli, w ślepym zaułku, do którego trudno trafić itp. Tym razem dwa pod logo Mennicy i jeden paskudny w barwach Dolnego Śląska:

 

                          

Wiem, że załatwianie formalności, które poprzedzają ustawienie biletomatów na ulicy, ciągnie się miesiącami, ale to nie jest dobry powód, by wciskać je w takich ilościach do metra. Choć rzecznik ZTM Igor Krajnow przekonuje mnie, że się przydają, bo zdarzają się kolejki chętnych po kupno biletów, a stacja Marymont należy do najbardziej ruchliwych.

Prawda jest taka, że Mennica, która do końca roku miała zamontować 160 biletomatów, na razie udostępniła dokładnie połowę. Zaś firma Asec spisała się jeszcze gorzej - działa 40 ze 100 obiecanych przez nią maszyn. Czyli w sumie 120 z 360, w tym 4 proc. na jednej tylko stacji Marymont. Nic więc dziwnego, że ”siła rażenia” biletomatów wciąż nie jest zbyt wielka. Ci, którym nie po drodze do sieci warszawskiego metra, biletomatów mogą nie spotykać wcale.

(osa)

14:52, osa_oraz_smik , Bilety
Link Komentarze (26) »
piątek, 27 listopada 2009

Doczekałem się: od 1 grudnia - tak jak obiecywał Bastian, komentując jeden z ostatnich wpisów - linia 181 zmienia rozkład jazdy. Oznacza to rozbicie większości stad autobusowych, które można teraz spotkać o każdej porze dnia między pl. Wilsona a Dolnym Marymontem. Autobusy zjeżdżają się nawet po 4 i blokują jezdnię.

Zmienić rozkład 181 było oczywiście najprościej - pozostałe linie (122, 157 i 185) są zapewne skoordynowane w innych częściach miasta. Po tej poprawce najlepiej rozkłady wyglądają w stronę pl. Wilsona. Np. w porannym szczycie 157 i 181 przyjeżdżają tu na przemian co 5 min. Brawo! Niestety, aż cztery razy 181 melduje się przy metrze równocześnie z linią 185. W międzyszczycie trzy linie, które jeżdżą co kwadrans (122, 181 i 185) są skoordynowane niemal idealnie (przyjazdy co 6-4-5 min), między nimi włącza się 157, które kursuje o tej porze co 12 min. Gorzej wygląda to, niestety, po południu, gdy raz na godzinę 157 i 181 jadą razem (pierwsza kursuje co 12, a druga co 10 min). W miarę dobrze wygląda koordynacja rozkładów w dni świąteczne: najpierw jest 122, po 6 min - 181, po kolejnych 4 min - 157, za 7 min - 185 i po 3 min - następne 122.

Niestety, nie będzie pochwały za rozkłady w przeciwnym kierunku - od pl. Wilsona. Tu należałoby jednak zmienić godziny odjazdów nie 181, ale pozostałych trzech linii. Np. w międzyszczycie 122 i 185 ruszają przez kilka godzin w odstępie 1 minuty (w każdym kursie!). A w dni świąteczne mamy: najpierw 181, po 7 min - 185, po 2 min - 122, po 2 min - 157 i po 7 min - kolejne 181. Ręce opadają.

Znowu myślę sobie, że na Marymoncie nie obędzie się jednak bez większej zmiany - tym razem tras, bo linii jest tu za dużo. Nowe możliwości stwarza rychłe włączenie Komunikacji Łomiankowskiej (z liniami Ł i Łbis) do wspólnego systemu biletowego. Postawi to pod znakiem zapytania istnienie linii 181 na obecnej trasie (jeśli w ogóle) przez Marymoncką.

(osa)

PS Nie byłbym sobą, gdybym nie wytknął nowych PKS-owych rozkładów z literkami. Tym razem ”g” dostała linia 182 (co drugi kurs z os. Ostrobramska w porannym szczycie, a nawet w dni świąteczne - tylko do GUS-u). Albo to niechęć/obawa ZTM przed większą rewolucją na Służewcu, która aż się prosi po wpuszczeniu tam linii 218, albo czekanie na otwarcie tunelu w Ursusie... Jeszcze lepszym kwiatkiem literkowym będzie nowa linia 215: przy każdej godzinie odjazdu z pętli Mokry Ług w rozkładzie widać literkę ”m” z adnotacją: ”kurs do Marysina Wawerskiego”. Tylko że innych nie ma:-) 

20:37, osa_oraz_smik , Autobusy
Link Komentarze (26) »
środa, 25 listopada 2009

 

Fot. Oskar Słowiński/AG

Co to będzie? Ratusz zakazał obklejania tramwajów i autobusów reklamami. To teraz problem nr 1 lobby reklamiarskiego, które w ostatnich latach zrobiło z Warszawy miasto trzeciego świata. Jakakolwiek próba uporządkowania tego badziewia - na budynkach, billboardach, przy ulicach, a teraz w komunikacji miejskiej - napotyka na niesamowity opór. Ile to już miesięcy mija od obietnicy Ministerstwa Infrastruktury, które miało ustawowo zakazać zasłaniania reklamami okien?

Niedawno Zarząd Transportu Miejskiego postanowił, że wolne od siatek reklamowych będą okna tramwajów i autobusów. Teraz jedziesz i świata nie widzisz. Reklamy mogą zajmować tylko tył autobusów, co wydaje się kompromisowym rozwiązaniem. Moim zdaniem ograniczenia powinny być jeszcze bardziej drastyczne: miejsce dla reklam widziałbym tylko na niewielkiej powierzchni pod oknami tramwajów i autobusów, tak jak tutaj:

Fot. Tomasz Wawer/AG

Reklamiarze podnoszą już larum i zapowiadają interwencję u odpowiedzialnego za transport wiceprezydenta miasta Jacka Wojciechowicza. Padają też ogromne kwoty, które z powodu nowego zakazu może rzekomo stracić warszawska komunikacja: aż 38 mln zł! Niby skąd aż tyle, skoro przez trzy pierwsze kwartały tego roku MZA zarobiły na reklamach tylko 1,5 mln zł, a Tramwaje Warszawskie - 3,6 mln zł? Strach reklamiarzy ma wielkie oczy.

(osa)

13:12, osa_oraz_smik , Tramwaje
Link Komentarze (14) »
piątek, 20 listopada 2009

Ostrobramska przed skrzyżowaniem z al. Stanów Zjednoczonych już po otwarciu kładki dla pieszych przy Motorowej i likwidacji przejścia z sygnalizacją świetlną

Fot. Robert Kowalewski/AG

Wiem, że ten tytuł może na niektórych podziałać jak płachta na byka, ale pytanie stawiam całkiem serio. Od pewnego czasu podglądam w serwisie dla kierowców w porannym szczycie, który nadaje TVN Warszawa, skrzyżowanie Ostrobramskiej z al. Stanów Zjednoczonych. Kawałek dalej zaczyna się buspas. We wrześniu i październiku ok. godz. 8-8.30 było tam widać potworne korki. Stał wiadukt na Ostrobramskiej, zapchana była al. USA od strony Wiatracznej, a nadjeżdżające stamtąd autobusy musiały się przedzierać do buspasa przez zakreskowaną część jezdni (swoją drogą przydałaby się tu dla nich śluza sygnalizacyjna).

O dziwo, od tygodnia po korkach nie ma ani śladu - ruch jest płynny i znowu nie taki duży. Wygląda na to, że pasażerowie komunikacji miejskiej (przynajmniej tu) nie tracą już czasu, żeby dojechać do buspasa. Niewykluczone, że jest to efekt rozłożenia się ruchu samochodów na sąsiednie arterie (al. Waszyngtona, Trasa Siekierkowska, Wał Miedzeszyński). W pewnym stopniu korek (na Ostrobramskiej) rozładowało otwarcie kładki dla pieszych przy Motorowej (jak zwykle trwało to trzy miesiące - skandal!). Może też skończyła się jesienna nawała motoryzacyjna, którą mamy co roku od września do końca października.

Powinno to być wskazówką dla władz miasta przy uruchamianiu kolejnych buspasów. Żeby nie robić z tego pokazówki z okazji Europejskiego Dnia bez Samochodu, który przypada w drugiej połowie września, kiedy trwa już sezonowy szczyt korków. Lepszą porą dla buspasów jest połowa lipca, gdy Warszawa jest już wyludniona na wakacje.

(osa)

13:32, osa_oraz_smik , Korki
Link Komentarze (62) »
czwartek, 19 listopada 2009

Im bardziej wypasiona, tym dalej musi dojechać. Niektórzy kierowcy najchętniej wjechaliby pod same drzwi albo jeszcze lepiej - po schodach. Właściciel autka z lewej zaparkował je na wysepce rozdzielającej jezdnie ul. Krasińskiego odchodzącej od pl. Wilsona do przejścia dla pieszych w stronę stacji metra. Po czym czmychnął na małe co nie co w delikatesach obok. Pod sklep podjechać nie mógł, bo stoją słupki i barierki, a za nimi kwiaciarki. Na wysepce słupków (jeszcze) nie ma i nie wiadomo, co gorsze - ich brak czy obecność, bo teraz w natarciu są biało-czerwone szkaradne grubasy.

Takich kierowców jak ci z samochodów na zdjęciu nie skusiłby nawet podziemny garaż obok stacji Plac Wilsona (wciąż bez dojazdu, bo najpierw jeden prezydent nie mógł się zdecydować na jego budowę, a potem obecna prezydentka - wbrew obietnicom - jej zaniechała). Może jakimś wyjściem byłoby rozszerzenie strefy płatnego parkowania o tę część miasta? Najlepiej z przydzieleniem na stałe patrolu do jej dozorowania.

(osa)

14:24, osa_oraz_smik , Parkowanie
Link Komentarze (17) »
środa, 18 listopada 2009

Pociąg Kordecki przecina wstęgę przy peronie we Włoszczowie w 2007 r. W tłumie ówczesny minister Przemysław Edgar Gosiewski

Fot. Jarosław Kubalski/AG

W ramach rewolucji w swojej ofercie spółka PKP Intercity likwiduje pociągi pospieszne. W zamian będą składy Tanich Linii Kolejowych. Przy okazji spółka zlikwiduje ich charaktyrystyczne nazwy, który miały kojarzyć się z określonym kierunkiem. Nie będzie zatem już "Nosala" do Zakopanego, "Kopernika" do Torunia i dalej do Bydgoszczy, czy "Kmicica" i "Oleńki"  do Częstochowy. Żałuję likwidacji tych przydomków. W większości przypadków są dość sympatyczne i dodają nieco prestiżu pociągom, mimo że wiele z nich się wlecze i są brudne. W kasie też łatwiej jest powiedzieć: Poproszę bilet na Nosala. Choć trzeba przyznać, że niektóre nazwy były nieco mylące. Słynny "Augustyn Kordecki" nazywany też "Edgarem" na początku jeździł z Warszawy przez Włoszczowę Północną do Częstochowy. Uruchomiono go specjalnie na otwarcie włoszczowskiej stacji.  Ta nazwa była jednak wówczas zrozumiała. W końcu patronował  mu obrońca Częstochowy, przeor klasztoru na Jasnej Górze. "Kordecki" później kilka razy zmieniał trasę, bo spółka Intercity nie wiedziała co z nim zrobić. Od pewnego czasu omijał z daleka Częstochowę, ale nazwy nie zmienił. W końcu pociąg zlikwidowano.

Dlaczego nazwy są likwidowane? Według Jacka Prześlugi byłego prezesa Intercity, który teraz doradzał spółce, przy odświeżeniu marki Tanie Linie Kolejowe, panuje  pewien chaos nazewniczy, bo część pociągów ma nazwy a inne nie. Twierdzi, że wielu pasażerów zapewne będzie nadal będzie używać tych nazw. I nikt im tego nie zabroni.

Na szczęście nie będzie za to likwidacji nazw pociągów typu Intercity.

(śmik)

00:14, osa_oraz_smik , Kolej
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3

Gazeta.pl Warszawa