wtorek, 27 listopada 2012

Pewien stołeczny dziennikarz (czyli ja, Jarosław Osowski - dlaczego Zarząd Transportu Miejskiego nie podał nazwiska?) z pewnym białołęckim radnym (Wojciech Tumasz z komitetu Gospodarność, przed wyborami wyrzucony za niepokorność z Platformy Obywatelskiej) uwzięli się na biednych urzędników ZTM i dalej ich rozliczać z obietnic budowy linii tramwajowej w głąb Tarchomina. Napisałem, że od trzech lat zajmują się głównie przekładaniem papierków i zaczyna to już wyglądać na sabotaż inwestycji:
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34889,12873548,Cala_Polska_stawia_na_tramwaje__A_w_Warszawie_kleska.html

Odpór dało ministerstwo propagandy, które w coraz liczniejszej grupie działa w ZTM:
http://www.ztm.waw.pl/informacje.php?i=641&c=98&l=1

Zanim o tym odporze, przypomnijmy tylko, że w lipcu 2010 r. (akurat zbliżały się ostatnie wybory samorządowe) wyprodukowało ono całą kampanię pt. ”Tramwajem na Tarchomin”. Pojawiły się wtedy odezwy: ”Tramwaj na Tarchomin - szybki, wygodny, nowoczesny”. Wybory się odbyły, kampania przed nimi też, minęły dwa lata z okładem, tylko tramwaju nie ma. A budowa zapowiadanej linii nawet się nie zaczęła.

Teraz ZTM tłumaczy się z tego tak, jakby to była wielce skomplikowana inwestycja - z wiaduktami, mostami i Bóg wie czym jeszcze. Nawet Natura 2012 przeszkadza wytyczyć tory w środku blokowisk. To zresztą dodatkowy kłopot na barkach urzędników: ”Linia tramwajowa zostanie wybudowana na terenach o gęstej zabudowie” - zauważa ZTM na swojej stronie internetowej. Rzeczywiście łatwiej byłoby budować w polu.

Urzędnicy tyle się starają, a wredni mieszkańcy ciągle podkładają im kłody pod nogi. Protestują, odwołują się i wygrywają. Czegoś nie rozumiem - albo inwestycja jest przygotowana perfekcyjnie i jesteśmy spokojni o werdykty Samorządowego Kolegium Odwoławczego, albo jesteśmy partaczami, bierzemy pieniądze za przekładanie papierków i po latach przygotowań wygląda to tak, jak wygląda - kolejne wersje decyzji środowiskowych są uchylane albo wciąż odsyłane do korekty. Nielogiczny ze strony ZTM jest też argument o konieczności podłączenia inwestycji tramwajowej pod specustawę drogową (stąd obok torów ma powstać sześciopasowa autostrada przez Tarchomin - zupełnie zbędna), co miało rzekomo ułatwić rozpoczęcie prac. Jak widać, nie ułatwiło, więc o czym mowa?

Brak linii tramwajowej na Tarchomin to dla ratusza coraz większy kłopot wizerunkowy. W tej sprawie będzie bowiem konsekwentnie punktowany. Przypomnimy np., że z myślą o tej inwestycji kupiono całkiem sporą partię (31) ze 186 tramwajów w kontrakcie z bydgoską Pesą. Do tego interesu dołożyła się Unia Europejska, więc trzeba się będzie z tego jakoś rozliczyć. Dokąd mają jeździć te tramwaje, skoro nie ma torów i przy znanych zdolnościach urzędników ZTM przygotowujących inwestycje długo ich jeszcze nie będzie?

Na razie trwają przygotowania do otwarcia namiastki nowej linii z dwoma przystankami za mostem Północnym. W Warszawie jest już komplet dwukierunkowych tramwajów Swing, a ostatnio powstała dla nich zawrotka za skrzyżowaniem z ul. Myśliborską. Niedługo zaczną tam przewozić powietrze z jednego na drugi brzeg Wisły.


Fot. Agata Grzybowska/AG

(osa)

19:14, osa_oraz_smik , Tramwaje
Link Komentarze (29) »
środa, 21 listopada 2012

Zauważyliście, jaka wolnoamerykanka zapanowała w elektronicznych wyświetlaczach na przednich szybach autobusów? Co przewoźnik, model czy zajezdnia, to inny krój, wielkość czczionki i odstępy między literami czy cyframi. Ten bałagan i niekonsekwencja trwa już od jakiegoś czasu, ale za przegięcie uważam to, co pojawiło się na szybach sprowadzonych właśnie do Warszawy pierwszych mercedesów conecto:


Fot. Forum Skyscrapercity - zdjęcie zamieszczone przez użytkownika bloniaq_S8:
http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=179790&page=131

Autobus prezentuje się nieźle (jeszcze nie miałem okazji nim jechać), choć Krzyśkowi nie spodobało się w środku (niewygodnie ustawione fotele na wysokich podestach). Ale co z wyświetlaczami? Naścibolone, ledwo widoczne numer i pętla (swoją drogą to nie ”Marysin” tylko ”Marysin Wawerski”). A przecież wyjazd mercedesów na miasto trochę się opóźnił, można więc było w tym czasie dostosować napisy do ustalonego wcześniej wzoru.

Tylko czy taki wzór jeszcze istnieje? I czy ktoś w Zarządzie Transportu Miejskiego w ogóle zawraca tym sobie głowę? Jeśli nie to, szkoda. Oto, jak wyglądał napis wyświetlany w przegubowym solarisie, którym jechałem dziś do pracy:

 

Takiej kombinacji jeszcze nie widziałem. Mieć do wypełnienia całą szerokość wyświetlacza i skupić wszystko na jego niecałej połowie - to dość ciekawy pomysł.

Przesiadka do linii 180 i znowu co innego:

Zdjęcie tego może dobrze nie oddaje, ale czcionka jest tak fatalna, że z daleka nazwa pętli zlewa się w słowo ”Wlanów”.

Autobusowe wyświetlacze pokazują, co chcą i jak chcą. W jednych litery i cyfry są do przesady grube - wyglądają jak balasy. W innych - chudziny, że ledwo je widać. Czasem zamiast polskich liter pojawiają się różne dziwne obrazki, ogonki, daszki czy symbole walut (zamiast Ł spotykam funta szterlinga). Wciska się na wyświetlacze dodatkowe informacje o tym, że trasa skrócona, zmieniona albo nowa - wtedy wszystko się dokumentnie zlewa. Wymyśla się nazwy pętli tak długie, że nie sposób ich na wyświetlaczu zmieścić, więc nazwa przelatuje przed oczyma jak film, tak szybko, że nie nadążasz z odczytem. A mogło sobie być po prostu Okęcie - prawda?

Nie płaczę zbytnio po ikarusach, których resztki zostaną w Warszawie, ale jedno było w nich sto razy lepsze od obecnych wynalazków z wyświetlaczami (najpierw zielonymi, teraz wściekle pomarańczowymi): tradycyjne tablice z numeracją linii. Cyfry czarne - dla zwykłych, czerwone - dla pospiesznych, przyspieszonych i ekspresów (wcześniej jeszcze zielone - dla podmiejskich). Ładny krój i dobrze widoczne. Czy ktoś zrobi z tym porządek w nowych solarisach, manach, mercedesach, solbusach i całej tej nowoczesnej menażerii?

(osa)

PS Pierwsza jazda mercedesem zaliczona 29 listopada (nr boczny 2200, kurs linią 180 z Nowego Światu do roboty na Czerską). Wrażenia ze środka raczej pozytywne - cicho, płynnie, z bajerami (w momencie otwierania przednich drzwi za kabiną kierowcy zapala się jarzeniówka, a po zamknięciu - gaśnie), z tym, że kłopotliwe mogą być fotele na wysokich podestach i dość wąskie jak na moje oko przejście między nimi przy przegubie. Przednia szyba jako żywo przypomina mi moje ulubione berliety PR 100.

20:00, osa_oraz_smik , Autobusy
Link Komentarze (23) »
piątek, 16 listopada 2012

Dzisiejsze otwarcie nowej linii tramwajowej (o nie, jeszcze długo nie
w Warszawie :-( przebiło się w porannym ”Zapraszamy do Trójki”.
Wojciech Mann puścił telefon od mieszkanki Krakowa, która wypowiedziała na całą Polskę to, co często śmieszy w różnych komunikatach. Tak często, że nawet już tego nie zauważamy.

Otóż otwarciu trasy tramwajowej do pętli Czerwone Maki w krakowskim Ruczaju (czy na krakowskim Ruczaju?) towarzyszy cała rewolucja w innych trasach i rozkładach jazdy. Kilka linii tramwajowych w tym zacnym grodzie zostanie zlikwidowanych. Krakowianka jedna zwróciła uwagę, że w ulotkach informacyjnych dla pasażerów powtarza się dziwne stwierdzenie. Np. skasowanie linii 7 jest uzasadniane tak: ”Potoki pasażerskie zostaną obsłużone przez linię 24”, a linii 51 (swoją drogą dziwny numer, w Warszawie to były trolejbusy i stąd panie w wieku trolejbusowym) - tak: ”Potoki pasażerskie zostaną obsłużone przez linie 9 i 50”. Itp.

- Czy to ja jestem tym potokiem pasażerskim? - spytała radiosłuchaczka i rozdzwoniły się kolejne telefony. Że z tym potokiem to niezbyt potocznie sformułowane. Że o potoku powinien się wypowiedzieć jakiś rzecznik :-) Wesoły był to poranek.


Fot. Jakub Ociepa/AG 

Mniej wesoła była za to dalsza część dnia dla prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego, który otwierał nową trasę. Fetę zakłócił protest ”potoków pasażerskich” przeciwko zmianom niektórych tras.

Nie tylko jednak w Krakowie można się spotkać z takim psuedospecjalistycznym doprecyzowywaniem oczywistych kwestii. O ”potokach pasażerskich”, bo nie wystarczy przecież powiedzieć czy napisać po prostu o pasażerach, często słyszę też w naszym Zarządzie Transportu Miejskiego. Mówią tu
o ”podaży” (liczba tramwajów i autobusów na danej trasie)
czy ”napełnieniach” (czy w środku jest tłok, czy nie). Kiedyś, teraz już rzadziej, można się natknąć na wyraz ”ramowo”. Czyli że jakaś linia np. cmentarna ”kursuje ramowo w godz. 7-19”. Co autor miewa na myśli?

Osobna kategoria to kolejarze - ci to mają zestaw, że boki zrywać. ”Pociąg doznał opóźnienia 75 minut. Opóźnienie może ulec zmianie” (po naszemu byłoby: ”Pociąg jest spóźniony o godzinę i 15 minut. Długość opóźnienia może się zmienić”). A jak się pociąg zepsuje, to podają w komunikatach, że ”zdefektował” (zdarzyła się już literówka i wyszło: ”zdefekował”). Wśród moich ulubionych są jeszcze ”jednostki trakcyjne” albo EZT-y - to o podmiejskich pociągach elektrycznych.

Na koniec nacieszmy się jeszcze tym widokiem:


Fot. Jakub Ociepa/AG

To właśnie pętla Czerwone Maki w Krakowie z bardzo wygodnym układem dla przesiadających się pasażerów: tory wokół, a w środku przystanki podmiejskich autobusów ze Skawiny i okolic na południowy-zachód od Krakowa. Część linii przeprowadziła się na Czerwone Maki z Borku Fałęckiego. Na olbrzymiej pętli Łagiewniki, na którą zawsze staram się rzucić okiem, przejeżdżając obok zakopianką, ostała się już tylko jedna linia tramwajowa - 10-ka.

Taka pętla tramwajowo-autobusowa w Warszawie miała powstać na Gocławiu. Ciekawe, jak długo przyjdzie nam na nią czekać. Ramowo do 2020 czy jeszcze później?

(osa)

 

22:37, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 12 listopada 2012

Taki widok zawsze rozczula moje nie takie młode już serce. Od dzieciństwa pamiętam takie traktorki krążące po Warszawie w poszukiwaniu dziur w jezdniach. Ciągnie się za nimi woń masy asfaltowej, jest przyczepka, coś terkocze, czasem widać pod nią ogień, a czasem dyndające wiaderko.

Właśnie natknąłem się na taki pojazd na pl. Wilsona (stał na przystanku widmowej linii 303 przed kinem Wisła). Wprawdzie siedzący za kierownicą oburzał się nieco, że robię zdjęcie, ale dał się udobruchać, gdy usłyszał, że ma super sprzęt ;-)

Mamy już drugą dekadę XXI w., a u miejskich drogowców czas jakby stanął w miejscu. Nowoczesność w ich zagrodzie jakoś nie może się przebić. Nie powiodła się próba sprowadzenia urządzenia zwanego szumnie remonterem. To słynny zakup poprzedniej ekipy w ZDM z czasów PiS. Oto, co na temat tego urządzenia pisaliśmy w „Gazecie” w lutym 2006 r.:

”Urszula Nelken z biura prasowego Zarządu Dróg Miejskich [dziś rzeczniczka Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad - j.o.] informuje, że w tym roku planowane jest gruntowne wyremontowanie 60 km warszawskich ulic. Jednak nie należy się spodziewać, że do łatania ulic ruszy wkrótce tzw. remonter - kupiony przez miasto za 670 tys. zł specjalny pojazd. Po pierwsze dlatego, że może pracować tylko przy temperaturze powyżej 3 st. C, po drugie - jak przekonuje pani rzecznik Nelken - warszawskie ulice są jak na jego możliwości albo za równe, albo za bardzo zniszczone.
- Zadaniem remontera jest wypełnianie tzw. pajączków, pierwszych drobnych pęknięć w nawierzchni ulicy. Chodzi o to, by nie dopuścić, by rozsadzała je zamarzająca woda, by nie robiły się duże dziury. Obrazowo mówiąc, ma zapobiegać, a nie leczyć. Na ulice w bardzo złym stanie nie ma sensu go wypuszczać - tłumaczy”.


Fot. Jacek Łagowski/AG

(osa)

18:40, osa_oraz_smik , Remonty
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 listopada 2012


Fot. Przemek Wierzchowski/AG

Nie wiadomo do końca, dlaczego, ale już dwa tygodnie przed rocznicą wyborów samorządowych Hanna Gronkiewicz-Waltz postanowiła podsumować pierwszą połowę swojej drugiej kadencji w ratuszu. Mówi się o jej planowanym wyjeździe, "Rzeczpospolita" sugeruje, że niedługo poznamy projekt budżetu na przyszły rok i wtedy już w ogóle nie będzie się czym chwalić. Przypomnijmy więc, że pani prezydent wygrała już w I turze 21 listopada 2010 r. z ogromną przewagą (53 proc.) nad wyjątkowo słabymi przeciwnikami (kandydat PiS Czesław Bielecki na 2. miejscu i tylko 23 proc. głosów).

I jak jest? Bez rewelacji, ale też nie ma aż takiej beznadziei, jaka przebija z komentarzy politycznych oponentów Hanny Gronkiewicz-Waltz. Naprawdę nie jesteście w stanie, panowie z PiS i SLD, wykrztusić ani jednej pochwały?

Skupiając się na komunikacji i inwestycjach, uważam, że o wiele lepiej wychodzą i wychodziły obecnej ekipie PO w ratuszu projekty drobne w skali miasta, acz wcale nie mniej ważne dla mieszkańców od tych największych przedsięwzięć. Do nich mam mnóstwo zastrzeżeń. Z reguły są to inwestycje mocno opóźnione, trzeba do nich dopłacać podejrzanie dużo (most Północny, oczyszczalnia ścieków Czajka) albo okazuje się, że nie przyniosły spodziewanych efektów (węzeł Marsa, węzeł Łopuszańska) - jak je więc projektowano, czy ktoś pomyślał, że w ich okolicy trzeba wprowadzić odpowiednie zmiany? Skoro rozkopana jest ul. Marsa, skoro działa kilka przejść dla pieszych z sygnalizacjami na ul. Płowieckiej i Bronisława Czecha, trudno się dziwić, że zbudowane kosztem 120 mln zł wiadukty i rondo w węźle Marsa ciągle są zakorkowane.

I tak dobrze, że jakieś jeszcze inwestycje są, bo większość pieniędzy pochłania teraz II linia metra, której budowa posuwa się ze zmiennym szczęściem. Inwestycje tramwajowe (nowe linie) ratusz kompletnie zaniedbał. Dlatego dość ryzykowne jest chwalenie się nimi przez panią prezydent. Zwłaszcza bezsensownym ogryzkiem szykowanym przez most Północny na Tarchomin.

Równie nietrafne jest zaliczanie do sukcesów garaży przesiadkowych z ich - jak się wyraziła Hanna Gronkiewicz-Waltz - "zajętością". Na Okęciu czy os. Niedźwiadek rzeczywiście powala ona z nóg (odpowiednio 50, a kompetentny urzędnik miejski mówi o 40 proc. w ponad rok od otwarcia, w Ursusie - 25 proc.). Pani prezydent nie wspomina w dodatku, że nie będzie naprawdę potrzebnych, a obiecywanych przez nią parkingów przy peryferyjnych stacjach kolejowych w Rembertowie czy Wesołej, które sprawdzają się generalnie lepiej niż te przy liniach tramwajowych i metrze.

Na miejscu Hanny Gronkiewicz-Waltz nie chwaliłbym się też zbytnio linią SKM do Lotniska Chopina (pociągi kursują tam puste, choć przydają się w obsłudze biurowego Służewca) i funduszami europejskimi, które pozyskuje stolica. Długo będziemy pamiętać niedawną wpadkę - rezygnację z 86 mln zł na kolejny etap systemu sterowania ruchem.

Za sukces i to duży uważam natomiast wprowadzony latem system rowerów miejskich Veturilo. Początkowo mieliśmy obawy, bo w pierwszych dniach zdarzały się zgrzyty organizacyjne, ale szybko okazało się, że z tych rowerów korzystają tysiące, chcą ich kolejne dzielnice, a zabiegają radni bez względu na opcję polityczną. Świetna rzecz zrobiona niedużym kosztem i w niezwykłym jak na Warszawę tempie, bo - jak mi mówi odpowiedzialny za projekt Łukasz Puchalski z ZTM - decyzja na szczeblu ratusza zapadła w grudniu 2011 r., pieniądze radni przyznali w marcu 2012 r., a od sierpnia Veturilo już nas zaczęło wkręcać. Brawo dla tego urzędnika i dla pani prezydent za włączenie zielonego światła rowerom (ma się rozumieć, że teraz czekamy na całą zieloną falę - zwłaszcza nowe drogi rowerowe w Śródmieściu).

Wśród takich małych projektów, które się świetnie udawały, były też szybkie remonty ulic. Niestety, w tym roku regularne, cotygodniowe frezowanki skończyły się już w lipcu. Zwijanie równego asfaltu ratusz tłumaczy brakiem pieniędzy, choć co najmniej drugie tyle, ile wydał w tym sezonie na weekendowe remonty, zarabia przecież na parkomatach (67 mln zł).

Mam też wrażenie, że w poprzedniej kadencji Hanny Gronkiewicz-Waltz więcej działo się w komunikacji miejskiej: konsekwentne rozszerzanie wspólnej strefy biletowej, udana reorganizacja linii nocnych, którym znów przydałyby się zresztą korekty, nocne kursy metra, buspasy, linie lokalne pod miastem. Dużą zasługą pani prezydent jest konsekwentna wymiana taboru na nowy - to trwa i dobrze. Dziś na ocenie transportu zbiorowego musi, niestety, zaważyć seria trzech zbyt drastycznych moim zdaniem podwyżek cen biletów przepchniętych bez większego sensu przez radnych PO. Mimo to uważam, że Warszawa ma najlepszą komunikację miejską w Polsce i takie też sygnały docierają od wielu osób z zagranicy, które odwiedzają nasze miasto. Kto wie, czy nie to właśnie będzie historycznym sukcesem ekipy Hanny Gronkiewicz-Waltz.

(osa)

poniedziałek, 05 listopada 2012

Sarajewo i Osijek - dwa postjugosławiańskie miasta, które w latach 90. mocno ucierpiały z powodu wojny, dźwigają się po niej z różnym powodzeniem. Inaczej też prezentują się w nich tramwaje i towarzysząca im infrastruktura.

 

Stolica Bośni i Hercegowiny (nieco ponad 300 tys. mieszkańców) to jedyne w tym kraju miasto, które tramwaje w ogóle ma. Kursuje 7 linii, a na nich głównie pamiętające jeszcze czasy czechosłowackiej fabryki Tatry lub wyprodukowane na ich bazie Satry.

 

Sarajewo sprawia miejscami przygnębiające wrażenie - bieda w połączeniu z brzydotą. Miejscami jest to miasto dla Europejczyka dość egzotyczne, klimaty zupełnie jak w Turcji czy innym islamskim kraju.

Tramwaje kursujące wzdłuż słynnej „alei snajperów” - jak w czasie wojny jugosławiańskiej nazywano długą i prostą główną arterię miasta - są bardzo zatłoczone. Za to sprawnie omijają zakorkowaną ulicę, którą z braku obwodnicy przez sam środek Sarajewa przetacza się cały ruch tranzytowy. Chcesz jechać z Mostaru do Tuzli czy z Trawnika do Gorażde (te nazwy przewijały się przez łamy polskich gazet wśród wojennych doniesień z byłej Jugosławii), to musisz przez dawną ”aleję snajperów” w Sarajewie.

Na jej końcu linia tramwajowa rozdwaja się i pojedynczy tor prowadzi wzdłuż rzeczki Miljacki. Z jednego z przerzuconych nad nią mostów 28 czerwca 1914 r. strzelał serbski nacjonalista Gawriło Princip. To było w tym miejscu:

 

Po drugiej stronie ulicy kule śmiertelnie ugodziły austriackiego następcę tronu arcyksięcia Franciszka Habsburga i jego żonę, co doprowadziło do wybuchu I wojny światowej.

 

Tor tramwajowy otacza centrum Sarajewa, którego muzułmańską część można określić jako starówkę. Powstało kryterium uliczne do zawracania, które w Warszawie możemy porównać do przejazdu Stalową, Środkową, Wileńską i Czynszową. To sarajewskie jest jednak bez porównania większe i bez postoju - tramwaje docierają do najbardziej oddalonego przystanku w cieniu minaretu i po wymianie pasażerów ruszają z powrotem:

A my wyjeżdżamy z Sarajewa na północ, zaliczając jedyną w Bośni i Hercegowinie autostradę, którą opuszcza się już po kwadransie, płacąc jak za zboże (stąd niemal zerowy ruch), a po chwili międzynarodowa droga E761 zamienia się w takie coś:

Wjazd do chorwackiej Slawonii to duża ulga. Z północy na południe przecina ją piękna i kompletnie pusta autostrada, która z obu stron kończy się w polu - od południa czeka na podłączenie kawałka bośniackiego, a od północy - na węgierski (tu szanse są przynajmniej większe).

 

Niedaleko slawońskiej autostrady nad szeroką Drawą leży jedno z głównych miast tej wschodniej żupanii (województwa) - 130-tysięczny Osijek. W latach 90. oprócz sąsiedniego Vukovaru należał do najczęściej wymienianych miast w tej części rozpadającej się Jugosławii. Serbowie miesiącami je ostrzeliwali, a ślady tego wciąż widać wewnątrz okazałej katedry. Ale poza tym nie da się poznać, że niedawno była tu krwawa wojna. 

 

Na placu koło katedry koncentruje się tramwajowe życie Osijeku. Życie to jednak niezbyt intensywnie. Po mieście kursują tylko dwie linie, pojedyncze wagony przemykają z rzadka i jeżdżą dość puste. Tory przecinają za to piesze pasaże. Świetnie to wygląda. Tak właśnie marzyłoby mi się u nas na Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu.

 

 

(osa)

21:04, osa_oraz_smik , Ze świata
Link Komentarze (9) »

Gazeta.pl Warszawa