niedziela, 27 listopada 2016

Spotkany po latach znajomy drogowiec opowiedział mi, jak władza ludowa w PRL-u próbowała sobie radzić z problemami, które sama tworzyła także na odcinku drogowym. Generalnie budowało się niewiele, a jeśli już, to nie do końca. Tak było np. z Trasą Łazienkowską - sztandarową inwestycją epoki Edwarda Gierka. O ile w środku Warszawy udało się stworzyć drogę szybkiego ruchu (gdy akurat wkrótce po otwarciu nie była w remoncie, nie wymieniano pofałdowanego asfaltu z Albanii itp.), o tyle na obu końcach tworzyły się spore korki mimo niewielkiego ruchu w porównaniu z obecnym. Tak było koło pomnika Lotnika na Ochocie (niedokończony do dzisiaj fragment na Wawelskiej - a miał być tunel) i w węźle Marsa na Gocławku.

W latach 70. zbiegały się tutaj tylko ul. Ostrobramska na przedłużeniu Trasy Łazienkowskiej, ul. Marsa od strony Rembertowa i Płowiecka na linii Wawer - Grochów. W połowie poprzedniej dekady doszła jeszcze Trasa Siekierkowska. Wciąż tworzą się korki, choć powstały wielkie i długie estakady z rondem turbinowym.


Fot. Robert Kowalewski/AG

A w latach 70. często przejeżdżał tędy ówczesny premier Piotr Jaroszewicz, mieszkaniec Anina (zamordowany tamże w 1992 r.). Osobiście ponoć interesował się, jak zapewnić płynność ruchu w węźle Marsa. Pamiątką po Jaroszewiczu jest też trasa nadwiślańska z obwodnicami Otwocka, Karczewa, Sobienia-Jezior i Wilgi - w jej pobliżu PRL-owski premier jeździł do ośrodka wypoczynkowego Rady Ministrów. Według legendy miejskiej, a raczej wiejskiej, pewnego razu wjechał w krowę, zdenerwował się i polecił wytyczyć wygodną drogę.

Podobnie było z węzłem Marsa. Według mojego znajomego drogowca, który w latach 70. pracował w wojewódzkim wydziale komunikacji, premier Jaroszewicz wyasygnował rządowe pieniądze i polecił sprowadzić z Hiszpanii, by zainstalować właśnie w węźle Marsa pierwszą w Polsce pętlę indukcyjną do sterowania ruchem. Sygnalizacja świetlna miała się dostosowywać do liczby nadjeżdżających samochodów. Problemy występowały zwłaszcza w niedzielne wieczory, gdy tworzył się spory korek wracających do miasta i oczekujących na skręt w lewo z Płowieckiej w Ostrobramską do Trasy Łazienkowskiej. Jezdnia była megaszeroka (pośrodku wytyczono dwa osobne pasy dla skręcających).

- Nie mieliśmy wtedy asfaltu, który mógł zastygać na zimno, by nie uszkodzić pętli indukcyjnej zatopionej w nawierzchni. Ktoś wpadł na pomysł, by wykorzystać żywicę epoksydową - wspomina mój rozmówca. - Niestety, kierowcy ruszający na wysokich obrotach szybko wykruszyli ten materiał i pętle indukcyjne wkrótce przestały pracować. Pech chciał, że w niedzielę wieczorem Jaroszewicza zabolał ząb. Ruszył z Anina do kliniki rządowej przy Emilii Plater i od razu stanął w korku na ul. Bronisława Czecha, który zaczynał się jeszcze przed wiaduktem na Płowieckiej nad linią PKP. Tak się wkurzył, że polecił budowę drugiego wiaduktu. Doszło nawet do tego, że przerwano toczące się właśnie prace przy wiaduktach na Marsa, żeby jak najszybciej oddać ten przejazd na Płowieckiej dla Jaroszewicza.

(osa)

17:28, osa_oraz_smik , Korki
Link Komentarze (5) »
czwartek, 24 listopada 2016

Tegoroczny sezon rowerowy powoli zmierza ku końcowi. Przynajmniej dla mnie, choć nowa szefowa "Stołka" Ola Sobczak zachęcała w niedawnym felietonie, by nie odstawiać swoich dwóch kółek na zimę, tylko po prostu właściwie się ubierać. Być może popełniłem jakiś błąd, bo przejażdżkę w ostatnią niedzielę wzdłuż Wisły od Dolnego Mokotowa po Tarchomin i Nowodwory przypłaciłem potężnym katarem, a mój głos stał się bardzo radiowy ;-)

W każdym razie warto było jeszcze trochę popedałować, bo nad Wisłą wiele się dzieje mimo mało sprzyjającej - jak by się mogło wydawać - pory roku. A propos w kilku miejscach przy brzegach zastałem fikuśne skrzynki z huśtawkami i napisem "Do lata!".

Fot. Anna Liminowicz/UM

Przegapiłem informację, że to element inauguracji sezonu zimowego nad Wisłą. Większość "skrzynek" z huśtawkami, które mijałem i na prawym, i na lewym brzegu, była oblężona przez dzieciaki i ich rodziców. Świetny pomysł!

W niedzielę normalnie trwała też budowa przejścia podziemnego pod Wisłostradą na wysokości ul. Bednarskiej:

Wbrew obawom ta inwestycja nie powoduje dodatkowo makabrycznych korków. To znaczy w dni powszednie w godzinach szczytu Wisłostrada niezmiennie stoi od strony Żoliborza (już przy Kępie Potockiej, więc po co było planować most Krasińskiego z trasą za 1,2 mld zł?) do fatalnych świateł przy Grodzkiej i Nowym Zjeździe, czyli do mostu Śląsko-Dąbrowskiego.

A prace przy kolejnym odcinku bulwarów wiślanych wreszcie idą tak, że aż miło patrzeć. Po cichu liczę, że będzie dostępny wcześniej niż dopiero w wakacje przyszłego roku, jak zapowiada ratusz. W końcu (po ilu to latach?) będzie można przejechać rowerem blisko rzeki bez kluczenia objazdami. Chyba że miasto od razu zleci przebudowę kolejnego fragmentu w stronę mostu Świętokrzyskiego i Portu Czerniakowskiego.

W tej okolicy doskonałe wrażenie od strony rzeki robi nowy biurowiec na terenie Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego. To miejsce jest mi wyjątkowo bliskie - u Wioślarzy dawno, dawno temu wyprawialiśmy wesele. Kto by wtedy powiedział, że będziemy w awangardzie nocnego życia Warszawy nad Wisłą. Lokal znikł, miłość - przeciwnie, żałuję tylko, że żona nie chce ze mną jeździć na rowerze...

A tu tyle miejsc do odkrycia. Np. nowa kładka pieszo-rowerowa:

Dotarłem tam już o zmierzchu. Fantastyczne widoki. Z jednej strony Wisła z Lasem Bielańskim, z którego wystają wieże kościoła pokamedulskiego przy Dewajtis (pozdrowienia dla księdza Wojtka!). Z drugiej strony industrialny krajobraz Elektrociepłowni Żerań z Portem Żerańskim i śluzą prowadzącą do kanału w stronę Jeziora Zegrzyńskiego. Zaskoczeniem było dla mnie to, że otwarta w zeszłym miesiącu kładka, którą w zeszłym tygodniu Rada Warszawy nazwała oficjalnie "Żerańską" (dobrze, że ta najbardziej adekwatna i prosta nazwa wygrała w plebiscycie internetowym), wznosi się nad dwoma akwenami. Po północnej stronie znajduje się bowiem druga odnoga Wisły, ale zakończona ślepo a nie śluzą.

Przy kładce byłem już w sierpniu, szykując weekendową trasę dla Czytelników w naszym letnim cyklu rowerowym, który ukazywał się w piątkowym "Magazynie Stołecznym". Prace przy przeróbce tej konstrukcji były wtedy już mocno zaawansowane. Jednak dopiero teraz miałem okazję spenetrować zupełnie dziewiczy dla mnie teren na północ od kładki. Prowadzi tam wytyczony szlak rowerowy, który okrąża miejsce, gdzie dawniej składowano popioły z EC Żerań (ich transport odbywał się właśnie przez niedostępną wtedy dla publiki kładkę). Z wału wiślanego, gdy jedzie się rowerem, roztacza się też widok dziwny - na budowę osiedla z niebywale ciasno zaplanowanymi blokami. Współczuję przyszłym lokatorom (o ile ktoś się skusi) sąsiedztwa elektrociepłowni i Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej.

Było już prawie ciemno, a do kładki Żerańskiej jechali, szli i biegli. Sami, we dwoje i grupami. Od strony Pragi i z Tarchomina. Kładka Żerańska widzi mi się jako najlepsza zmiana, jaka dokonała się w tym roku w Warszawie, a już na pewno nad Wisłą. Teraz trzeba to miejsce rozreklamować.

(osa)

22:12, osa_oraz_smik , Wisła
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 listopada 2016

Swego czasu toczyły się w Warszawie dyskusje o wprowadzeniu przystanków na żądanie dla tramwajów. Są takie odludne miejsca, gdzie pasażerowie zaludniają tylko niektóre kursy, w ściśle określonych porach dnia. W pozostałych motorniczowie niepotrzebnie zwalniają, zatrzymują się, wachlują drzwiami i ruszają. Strata czasu reszty pasażerów i energii. Tak jest np. na ul. Jagiellońskiej między rondem Starzyńskiego a pętlą Żerań FSO, na ul. Annopol przed pętlą Żerań Wschodni czy na Wolskiej przy Cmentarzu Prawosławnym.

Ale jak to zwykle u nas bywa, urzędnicy sobie pogadali, poplanowali i niewiele z tego wynikło. Może poza zawieszaniem na soboty i niedziele przystanków tramwajowych na ul. Połczyńskiej przy cieszącym się najniższą frekwencją parkingu przesiadkowym.


Fot. Darek Bartoszewicz

A teraz przenieśmy się do Szwajcarii, a dokładnie do jej wschodniego kantonu Gryzonii. Wzdłuż doliny Engadyny, którą płynie malowniczy Inn, prowadzi linia Kolei Retyckich wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Nie jest to jednak transport muzealny albo tylko dla fanów kolejnictwa, o czym mógł się niedawno przekonać mój redakcyjny kolega. Czekał na pociąg na kameralnej stacji Susch, gdzieś między bardziej znanymi miastami St. Moritz a Dawos.

Choć Susch to mieścina, którą zamieszkuje niewiele ponad 200 osób, pociągi odjeżdżają stąd regularnie, w równym takcie co godzinę. Np. w stronę St. Moritz trzy minuty przed pełną godziną (xx:57) + co jakiś czas 17 minut po pełnej godzinie. Stacja jest bezobsługowa ("Unbedienter Bahnhof"), o czym Koleje Retyckie informują na swojej stronie internetowej. Najbliższa stacja z obsługą znajduje się 9 min dalej w Zernez - osobiście mogłem się przekonać, że to świetnie zorganizowany punkt przesiadkowy do autobusów wyruszających do poprzecznej doliny z jedynym w Szwajcarii parkiem narodowym:


Żeby dostać się z maleńkiego Susch na wielkie lotnisko w Zurychu (pokonanie ponad 170 km z dwoma lub trzema przesiadkami zajmuje 2h 38 min - 2h 47 min), trzeba najpierw podjechać pociągiem do sąsiedniej stacji Sagliains. A wsiąść do tego pierwszego pociągu, należało powiadomić jakiś kwadrans wcześniej obsługę. W tym celu wciska się środkowy guzik w zadaszonym panelu informacyjnym na peronie. To sygnał, że pociąg powinien się zatrzymać, że ktoś na niego czeka w Susch - inaczej minie tę stacyjkę bez zatrzymania. I pociąg na żądanie, rzeczywiście przystanął.


Fot. Darek Bartoszewicz

Koleje Retyckie to absolutnie fantastyczna atrakcja turystyczna, a dla fanów pociągów niezapomniane przeżycie. Zainteresowanych odsyłam do opisów trasy Bernina Express z Tirano we Włoszech do Chur, stolicy szwajcarskiej Gryzonii, które zamieściłem w blogu w długi majowy weekend 2014 r.:
http://autobusczerwony.blox.pl/2014/05/Weekend-w-Bernina-Express-cz-1.html
http://autobusczerwony.blox.pl/2014/05/Weekend-w-Bernina-Express-cz-2.html
http://autobusczerwony.blox.pl/2014/05/Weekend-w-Bernina-Express-cz-3.html

 

A co do przystanków na żądanie - uważam, że także autobusy powinny się zatrzymywać tylko wtedy, gdy kierowca widzi czekających pasażerów albo jeden z nich jadących w środku naciśnie guzik.

(osa)

23:10, osa_oraz_smik , Ze świata
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 14 listopada 2016

Jadąc ul. Zwoleńską z Zerznia do nowego tunelu pod torami PKP w Międzylesiu, dogoniłem autobus linii 147. A ponieważ nie było go jak wyprzedzić ani w trakcie jazdy, ani jak ominąć podczas postojów na kolejnych przystankach, miałem okazję zaobserwować, co pokazuje wyświetlacz na tylnej szybie. Były tam dwa mikroskopijne napisy - górny "Torfowa" z nazwą powszechnie nieznaną (czyli adekwatnie do jelonkowskiej pętli Znana dla linii 520) i przewijający się dołem: "Przez Starą Miłosną".

Jest to co prawda dopuszczalna - ku mojemu zdziwieniu - przymiotnikowa forma biernika nazwy Stara Miłosna, mimo wszystko razi po oczach. Bardziej lubiłbym deklinację rzeczownikową, czyli "Przez Starą Miłosnę". A już najbardziej to, gdyby na wyświetlaczu osiedle to widniało w mianowniku, bo tam właśnie ZTM przedłużył trasę linii 147 po otwarciu tunelu w Międzylesiu. I bez przewijania ani żadnych Torfowych. Bo kto na trasie linii 147 od Dworca Wschodniego przez Saską Kępę, Gocław i Zerzeń (kolejna ciekawa nazwa z tej części Warszawy) orientuje się, gdzie  jest ta Torfowa.


Fot. ZTM

Niedawno ZTM pochwalił się, że w nowych solarisach, którymi od grudnia będzie woziła warszawiaków debiutująca w naszym mieście firma Arriva Bus, zainstalowano nowego typu wyświetlacze. Pokażą jasne litery. To kolejny eksperyment po wyświetlaczach zielonych i pomarańczowych. Białe napisy mają być bardziej kontrastowe, a przez to lepiej widoczne dla pasażerów.

Wydaje mi się jednak, że kluczem do sukcesu jest nie tylko odpowiedni kolor liter i cyfr co ich wielkość. W obecnych solarisach zdarzają się maciupkie numery linii, do tego nadmiar informacji. Nazwa pętli powinna być jak najkrótsza, żeby nie trzeba jej było przewijać i żeby mieściła się na wyświetlaczu w całości.

(osa)

18:31, osa_oraz_smik , Autobusy
Link Komentarze (10) »
czwartek, 10 listopada 2016

Różne przypadki przydarzyły mi się w czteroletniej historii korzystania z miejskich rowerów Veturilo, ale dziś system ten zaskoczył mnie czymś nowym. Już nie przebita opona, zerwany łańcuch, niedziałająca przerzutka, obluzowane siodełko czy niewypinający się rower ze stojaka, ale zniknięcie całej stacji. Była, działała i wyparowała.

Wypożyczalnia w al. Jana Pawła II stała naprzeciwko Hali Mirowskiej. Zapewne zlikwidowano ją przy okazji tegorocznego, długo odkładanego remontu torów tramwajowych na tej ulicy, który wiązał się z jej większą przebudową. Żeby pomieścić nowe, poszerzone przystanki tramwajowe na wysokości Hali Mirowskiej, rozsunięto obie jezdnie. Trzeba więc było zabrać stację Veturilo. Tylko dlaczego nie wróciła po zakończeniu prac we wrześniu? I dlaczego nikt nie poinformował o jej przeniesieniu?

Dobrze, że na umówione spotkanie w biurowcu Atrium przyjechałem z zapasem czasu, więc zdążyłem sprawdzić przez internet lokalizację najbliższych stacji, choć informacja wprowadza w błąd:

Na mapce wypożyczalni brak - zgodnie ze stanem faktycznym, ale już w spisie stacji ta pod numerem 6319 cały czas istnieje w lokalizacji al. Jana Pawła II - pl. Mirowski. Owszem, wokół jest tutaj sporo stojaków rowerowych, ale nie można w nich zwrócić Veturilo.

Sam remont al. Jana Pawła II dał cyklistom nowe możliwości. Jazda po Śródmieściu staje się coraz większą przyjemnością. Dzisiaj musiałem się przedostać z urzędu skarbowego przy pl. Starynkiewicza do Atrium, a ponieważ dojazd stamtąd komunikacją miejską nie jest najwygodniejszy (albo przesiadka, albo kawał drogi do przystanków), wziąłem rower. Po 10 minutach byłem na miejscu - najpierw Żelazną po jezdni, a od Prostej - przez wygodne drogi rowerowe.

Przy skrzyżowaniu al. Jana Pawła II z Grzybowską natknąłem się na infrastrukturalny absurd:

Droga rowerowa odbija w Grzybowską od głównego szlaku w al. Jana Pawła II i już po kilku metrach urywa się na klombie.

Ogólnie jednak wyodrębnione z jezdni ścieżki dla rowerzystów w al. Jana Pawła II uważam za wygodniejsze i bezpieczniejsze rozwiązanie od pasów rowerowych, które można spotkać na innych ulicach Śródmieścia. Choćby na pobliskiej ul. Emilii Plater. Do kolekcji obrazków z samochodami zaparkowanymi na części jezdni zarezerwowanej teoretycznie dla rowerzystów dołączam dwa z dzisiejszego przejazdu między al. Jana Pawła II a redakcją "Gazety". Najpierw ul. E. Plater przy hotelu Intercontinental (to ten z "jedną nogą" vis-a-vis Pałacu Kultury):

I kolejny z ul. Noakowskiego, gdzie teoretycznie istnieje droga rowerowa obok jezdni. Tak się składa, że gdy tamtędy przejeżdżam, akurat zamienia się w parking. Dzisiaj stały na niej tylko dwa samochody - furgonetka na zdjęciu, a za nią osobówka:

(osa)

13:44, osa_oraz_smik , Rowery
Link Komentarze (7) »
niedziela, 06 listopada 2016

Targ śniadaniowy, który wiosną i latem co sobotę rozstawia się w al. Wojska Polskiego przy Cytadeli, a na sezon grzewczy przenosił się dotąd do pobliskiej szkoły, zadebiutował w nowym miejscu. Gościny udzieliły mu Miejskie Zakłady Autobusowe w swojej bazie przy ul. Włościańskiej na tyłach Hali Marymonckiej. Stoiska z jedzeniem zajęły jedną z hal. Gości przywoził jelcz ogórek, który wyruszał z okolic placu Inwalidów na Żoliborzu:


Frekwencja dopisała tu nad podziw dobrze. Ucieszyły mnie też liczne akcenty nawiązujące do tego miejsca. Np. nad wejściem można było zobaczyć tzw. dechy, czyli stare tablice z numerami i trasami autobusów. Gdzież to nie jeździły dawniej linie 195, 404, 503, 524...


Co prawda pierwotnie (od 1928 r.) znajdowała się tu cegielnia miejska, ale potem obiekt związał się aż do dziś z motoryzacją i komunikacją miejską. Od 1938 r. działały tu Centralne Warsztaty Samochodowe Miejskie, w czasie wojny - zakłady Opla, po wojnie do 1963 r. - zajezdnia tramwajowa z jednotorowym dojazdem przez ul. Włościańską do linii na ul. Słowackiego, a przez ostatnie pół wieku - warsztaty autobusowe, teraz także dyrekcja MZA. I choć od kilkunastu lat ten atrakcyjny teren w sąsiedztwie stacji metra Marymont jest przeznaczony pod budowę bloków i biurowców, obecny prowizoryczny stan zdaje się nie mieć końca. Targ Śniadaniowy bardzo ożywił to miejsce.

Można było usiąść na małe co nieco przy stoliku obok "szwajcara" - tego typu trolejbusy kursowały krótko na zlikwidowanej w 1995 r. linii 51 (Dworzec Południowy - Piaseczno):

W pobliżu stoi stary ikarus przerobiony na pług śnieżny:


Pewnym mankamentem był niedostatek miejsc parkingowych. Samochody zajęły oba niewielkie placyki postojowe za bramą od strony ul. Włościańskiej, stanęły też wzdłuż parkanu bazy MZA przy ul. Kłodawskiej na tyłach Hali Marymonckiej (uważajcie na przyszłość, straż miejska lubi tu urządzać naloty). Powinno się wreszcie udostępnić w weekendy za darmo tutejszy garaż przesiadkowy z trzema kondygnacjami.

Te problemy parkingowe to jednak nic w porównaniu z tym, co się działo w okolicy otwartej niedawno hali Koszyki. Choć powstał tam dwupiętrowy podziemny garaż, zabrakło wolnych miejsc, stąd korek na wjeździe i blokada pod ziemią. Za postój liczą sobie słono - 6 zł pierwsza godzina i 10 zł każda następna. Czyżby na Koszykach udało się przebić zdzierców z Lotniska Chopina?

I na Koszyki, i na Targ Śniadaniowy na tyłach Hali Marymonckiej (w soboty od rana do godz. 15-16) najlepiej więc wybrać się komunikacją miejską.

(osa)

02:44, osa_oraz_smik , Autobusy
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2

Gazeta.pl Warszawa