wtorek, 14 listopada 2017

Ucieszyła mnie dzisiejsza informacja o wpisaniu do ewidencji zabytków aż 61 brukowanych ulic w Warszawie. Niewątpliwie tworzą one specyficzny klimat także dzisiaj, przywołując wspomnienia o tym, jak wyglądało kiedyś miasto. Zdarza się, że nie zważając na to, urzędnicy chcą usuwać tzw. kocie łby, by w ich miejsce kłaść asfalt. Taka sytuacja miała miejsce całkiem niedawno na brukowanej ul. Lusińskiej na Targówku. Pretekstem do jej wyasfaltowania były rzekome problemy z objazdami budowy II linii metra. W tym przypadku mieszkańcy sami wybili pomysł z betonowych głów dzielnicowych urzędników.

Inny problem związany z brukowaną ulicą mają mieszkańcy Wyczółek. Latem zaplątałem się na tyły Toru Wyścigów Konnych na Służewcu, gdzie zastałem dość nietypową tablicę błagalno-informacyjną:

Stan nawierzchni, choć po remoncie, i tak nie pozwala rozwinąć na tym odcinku Wyczółek prędkości większej niż 20-25 km na godz. Ulica ma swój urok, ale jak widać, wiążą się z tym jednak pewne doznania akustyczne.

Na pewno jednak objęcie brukowanych ulic w Warszawie ochroną konserwatorską możemy świętować hucznie!

(osa)

21:21, osa_oraz_smik , Remonty
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 listopada 2017

Jako zapalony kolekcjoner magnesów przytwierdzanych do lodówki (na naszej w kuchni już dawno brakuje miejsca, więc wiszą jeszcze na kilku metalowych planszach) zwróciłem uwagę na ten oto zestaw pamiątkowy w jednym ze sklepów na Lotnisku Chopina. Kicz nad kiczami, a w dodatku osobliwie zgrupowany przez sprzedawcę.

Na górze Polska z Matką Boską Częstochowską (choć nie jestem pewien, czy przypomina Czarną Madonnę). Komu nie w smak akcent religijny, ma do wyboru patriotyczny z pomnikiem Małego Powstańca powiększonym przez lupę. Obok bije serce, a pod spodem (po oczach) pokaźny biust blondyny. Nie wiadomo do końca, dlaczego jej piersi zasłoniły nazwę naszego kraju. Mógłby to być temat zarówno dla walczących z seksizmem, ogólną zgnilizną moralną, a także bijących w tarabany neopatryjotów. Śmiechu warte. I smutne zarazem, bo gdybym był na miejscu uprawiających podobne do mojego zbieractwo przybyszów z zagranicy, nie kupiłbym żadnego z tych magnesów. W ogóle ładna tego typu pamiątka z naszego kraju i z Warszawy to wciąż ewenement.

 

Na Okęciu po raz pierwszy odprawiałem się w części dla tanich linii WizzAir. Ledwo już pamiętam zawijane kolejki przed wejściem do nieistniejącego terminalu Etiuda. Zaskoczył mnie więc podobny widok (co prawda w hali odlotów, a nie na zewnątrz) tym razem. Ogonek wił się aż na jej środek - akurat byli odprawiani pasażerowie rejsów do Gruzji i Izraela zaplanowanych w odstępie bodajże kwadransa. Było osiem czynnych stanowisk, na szczęście wkrótce otwarto trzy kolejne, ale i tak czekanie z biletem wydrukowanym już w domu zajęło aż 25 minut. W Modlinie przeklinanym ostatnio przez dyrektora Lotniska Chopina nie zdarzyło mi się jeszcze czekać dłużej niż kwadrans.

Poza tym wszystko (kontrola bezpieczeństwa i paszportowa) poszło bezproblemowo. Moje politowanie budzi straszenie tym, że Lotnisko Chopina "zaraz się zatka" i dlatego trzeba je zlikwidować, budując międzykontynentalny hub przesiadkowy w Baranowie 45 km od Warszawy.

Ostatnio z Okęcia startowałem wiosną, więc dopiero teraz zwróciłem uwagę na nowe oznakowanie rękawów dla pasażerów ze strefy paszportowej Non-Schengen (konieczność dodatkowej kontroli dokumentów) zgrupowanych w zachodniej części pirsu:

Do numerów rękawów dodano literę N. W tej części terminala znalazłem lokal z polską kuchnią, w którym ceny nie ścinają z nóg i można smacznie zjeść. Zdążyłem skonsumować tylko zupę ogórkową za 11 zł, bo wyświetlał się "last call" do wyjścia. Strachy na Lachy, bo jeszcze przez 40 minut siedzieliśmy w samolocie, a kapitan przepraszał opóźnienie spowodowane przez pasażera, który nie przeszedł odprawy paszportowej, ale nadał bagaż. Jako podejrzany o narzędzie ataku terrorystycznego musiał być odszukany w luku wśród blisko 200 innych walizek i plecaków.

Tłok na pokładzie samolotu był niemożebny. Bagaże podręczne, które coraz częściej są zminiaturyzowanymi walizkami, nie mieściły się na półkach nad fotelami. Część z nich stewardessy odbierały pasażerom i oddawały do schowania w luku bagażowym.

Izraelskie kobiety były wręcz obładowane siatkami z zakupami. Spytałem dwóch sąsiadów (na oko 20+) wracających do Tel Awiwu, co porabiali w Warszawie. Okazuje się, że przylecieli do Polski już po raz kolejny, żałowali, że tylko na 3 dni. Ten czas spędzili w warszawskich kasynach i na zakupach.

Pilotowi udało się nadrobić opóźnienie - lot trwał 3 godz. i 20 min. Gorzej było w drodze powrotnej, gdy samolot wylądował na lotnisku Ben Guriona (mniej więcej 20 km od centrum Tel Awiwu, bliżej działa mniejszy port) z ponadgodzinnym poślizgiem i wystartował 2 godz. i 20 minut po czasie, meldując się na Okęciu w środku ciszy nocnej o godz. 2.55, tuż przed rozkładowym rejsem WizzAira z Islandii.

W Tel Awiwie pasażerowie WizzAira podobnie jak innych tanich przewoźników (Ryanaira czy linii Easy Jet) są obsługiwani w starym terminalu nr 1. Stamtąd jakieś pięć minut jedzie się autobusem do nowego (nr 3), który imponuje rozmachem architektonicznym (paradne, długie zejście do hali z taśmociągami na bagaż) i estetyką (beżowy kamień na ścianach i posadzce). Czekając na walizkę, zauważyłem pożyteczne rozwiązanie dla osób niepełnosprawnych i starszych:

W Warszawie wielokrotnie spotykałem się z narzekaniami na nieodpowiednią wysokość ławek czy siedzisk w wiatach przystankowych. Są niedostosowane do wzrostu przeciętnego pasażera, któremu albo trudno usiąść (gdy ma za wysoko), albo wstać (gdy ma za nisko). Na lotnisku w Tel Awiwie dla osób z takimi problemami przygotowano wygodniejszą wersję foteli.

Po 25 latach od poprzedniego pobytu w Izraelu wróciłem pod wrażeniem jeszcze ważniejszych zmian, jakie dokonują się w tym kraju. Nie brakuje też obserwacji transportowych, którymi postaram się podzielić wkrótce.

(osa)

22:22, osa_oraz_smik , Lotniska
Link Komentarze (9) »

Gazeta.pl Warszawa