niedziela, 29 kwietnia 2012

Mamy podwójnie długi weekend, więc wyjeżdżamy na komunikacyjną majówkę -kierunek Włochy (ale nie nasze warszawskie miasto ogród).

Jedno z czołowych miejsc na mojej prywatnej top liście miast wartych odwiedzenia w Italii zajmuje Perugia - obok Rzymu i Sieny. Do 150-tysięcznej stolicy Umbrii - regionu, który niesłusznie pozostaje w cieniu ściągającej tłumy turystów Toskanii - wracam nawet chętniej niż do Wenecji, Florencji czy Mediolanu.

 

Przyczyną jest nie tylko ta zjawiskowa fontanna o trzech poziomach przed renesansowym Palazzio dei Priori, na którego schodach zazwyczaj siadają turyści i liczni w tym mieście studenci. Mam oczywiście na myśli coś, co wyróźnia Perugię szczególnie, a jest to jej Minimetro.

 

To w pełni zautomatyzowana linia o długości 3,2 km. Została otwarta całkiem niedawno - w lutym 2008 r. 

Ma 7 stacji, do których wchodzi się przez bramki, ale nie ma mowy o przeskakiwaniu turnikietów jak w warszawskim metrze - wejściówka otwiera przeszklone drzwi:

Bilety czasowe kupimy w automatach:

Minimetro łączy obrzeża Perugii z jej zabytkową starówką na dość stromym wzgórzu, którego zdobycie podczas upałów może być męczące. Najważniejsze jednak, że linia pozwala dostać się tam z dworca kolejowego czy olbrzymiego parkingu na peryferiach, który widać poniżej:

 

Najprościej zostawić auto właśnie przy jednej z takich stacji. Prowadzi do nich system schodów i windy:

Ok. 25 pojedynczych wagonów poruszających się z prędkością 25 km na godz. i zabierających 25 osób jest w stanie przewieźć 8 tys. pasażerów na godzinę. Podjeżdżają co 1,5 minuty, mijając się na dwóch oddzielnych torach.

Większa część trasy położona jest nad ziemią. W końcu minimetro wjeżdża do tunelu, w którym przejeżdża pod całą starówką Perugii:

Najlepiej zająć miejsce przy przedniej szybie, świetnie widać wtedy otchłań tunelu:

Na końcu trasy można obserwować, jak zawracają wagoniki - to też odbywa się automatycznie:

Niełatwo znaleźć wejście do ostatniej stacji Pincetto - z ulicy prowadzi do niego zwykła brama, na którą widnieje szyld restauracji. Małe logo Minimetra widać tylko na ścianie:

Za tym niepozornym przejściem koło drzwi prowadzących na stację Minimetra rozciąga się wspaniały widok w stronę miasta św. Franciszka - można stąd zobaczyć jego bazylikę w Asyżu:

(osa)

20:07, osa_oraz_smik , Ze świata
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Ciekaw byłem, ile potrwa reakcja pogotowia drogowego po zgłoszeniu zapadniętej jezdni na pasach przecinających ul. Mickiewicza u zbiegu z Potocką. Pisałem o tym tu: http://autobusczerwony.blox.pl/2011/11/Za-dlugo-bylo-rowno.html(przewidując łatę na odnowionej w 2010 r. nawierzchnki), a o dołku poinformowałem Zarząd Dróg Miejskich 23 listopada 2011 r.

I oto: ta-dam! W tygodniu po Wielkanocy (10-15 kwietnia), czyli blisko 5 miesięcy od zapadnięcia się jezdni, zjawiła się:

Łata ta wygląda na efekt interwencji profesjonalnej ekipy drogowej, którą nocami można jeszcze spotkać na mieście w traktorku z przyczepką i rozgrzanym kociołkiem. Pod spodem wisi wiaderko, do którego wlewa się asfalt, a potem pac na jezdnię, jeszcze tylko udeptać i gotowe. W wersji bardziej nowoczesnej ekipa podjeżdża furgonetką, porcja asfaltu jest przygotowana w folii, ale reszta (czyli pacnięcie i udeptywanie) odbywa się już po staremu.

W tej okolicy zostało coś jeszcze do naprawy. W drodze na basen przy Potockiej mijam urwaną barierkę, w którą uderzył samochód pędzący po zasypanej śniegiem jezdni i wyprzedzający w takich warunkach inne auto. Części barierki i samochodu na moich oczach fruwały w powietrzu. Było to zimą 2010 r.: http://autobusczerwony.blox.pl/2010/01/Najpierw-pozar-potem-piruety.html

Wrak stał bodaj jeszcze tydzień, więc przy dobrych chęciach można było ustalić sprawcę i wydębić od niego odszkodowanie. Dziś różnica jest taka, że nie ma oczywiście śniegu, przy Potockiej ubyło też trochę zasolonych drzew, a połamana barierka jak straszyła, tak straszy nadal.

(osa)

18:59, osa_oraz_smik , Remonty
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 kwietnia 2012


Fot. Stefan Romanik/AG

Trwa dyskusja na temat komunikacji po otwarciu mostu Marii Skłodowskiej-Curie. Wynika z niej, że nawet Zarząd Transportu Miejskiego musi być zaskoczony po pierwsze bardzo dobrą frekwencją w autobusach, które nim pojechały (w poniedziałek 16 kwietnia była nawet pierwsza korekta rozkładów, ale wygląda na to, że jeszcze bez ich zagęszczania). Po drugie zaś, brakiem spodziewanych korków.

To jednak, zamiast cieszyć, wkurza wielu mieszkańców Tarchomina i Nowodworów, którzy już w dziesiątkach komentarzy na forum dyskusyjnym ”Gazety” (w zakładce Białołęka) narzekają na ”wycieczkowe tempo” autobusów jadących rano w stronę stacji metra Młociny. Ludzie obserwują prędkościomierze i nie mogą się nadziwić, że niektórzy kierowcy linii ekspresowych potrafią się wlec 30-40 km na godz, byleby tylko nie dotrzeć na pętlę przed czasem. Zdarzają się ponoć przypadki, że linie E przejeżdżają z tego powodu przez skrzyżowania (w nadziei na złapanie czerwonego światła), zamiast pruć górą przez wiadukty.

Wniosek jest taki, że trzeba jak najszybciej podkręcić rozkłady i skrócić czas przejazdu. Możliwość takich korekt (choć pewnie na niekorzyść z powodu zakładanych korków) była zresztą sygnalizowana w momencie ustalania nowych tras. Nie ma więc na co czekać np. w obawie, że po zamknięciu dojazdów podczas remontu mostu Grota (kto jednak wie, kiedy to naprawdę będzie...) korki przeniosą się na nowy most. O lepszy czas przejazdu apeluje już także w interpelacji białołęcki radny Wojciech Tumasz (znalazłem w niej poza tym niezbyt dobry pomysł przedłużenia linii 103 mostem Północnym na Białołękę Dworską - co to miałby być tam za pożytek z takiego tasiemca, który utyka w korkach po drodze z Woli i Powązek? zwłaszcza że wkrótce ta część Białołęki zyska bezpośredni dojazd pociągiem do samego centrum). Radny pisze też o skierowaniu linii 511 nowym mostem, za czym na forum ”Gazety” lobbuje też... rzecznik ZTM, tym razem w roli radnego powiatu legionowskiego.

Choć czas przejazdu z Tarchomina do metra mostem Marii i mostem Grota wydaje się porównywalny, widać jednak, że ludzie wolą jechać metrem jak najdalej i stąd powodzenie linii autobusowych kusujących nową przeprawą. Dyskusja nad tym, czy powinny być to linie ekspresowe czy przyspieszone jest dla mnie wątkiem trzeciorzędnej rangi. Osobiście wolę ekspresy, które się jednak nie wloką, tylko jadą w tempie zgodnym z ich nazwą. Tu jednak ZTM jest chyba między młotem a kowadłem, bo kiedyś jeszcze się okaże, że zbyt szybki autobus z Nowodworów i Tarchomina wygrywa z mitycznym tramwajem, którego na razie nie można tam jakoś doprowadzić.

(osa)

18:17, osa_oraz_smik , Autobusy
Link Komentarze (20) »
czwartek, 12 kwietnia 2012


Fot. PESA

Tramwaje z bydgoskiej Pesy wpisały się już w krajobraz Warszawy głównie dzięki swojej nowoczesnej sylwetce. Z zazdrością jednak patrzę na najnowszy nabytek Segedyna. 2 marca 2012 r. nową linią tramwajową w tym 170-tysięcznym mieście w południowych Węgrzech ruszyły trzy z dziewięciu zamówionych Swingów 120 Nb ze specjalnie zaprojektowanym frontem. Jego dolna część, inaczej niż w Swingach warszawskich, jest prosta i jasna (właśnie, a nie czarna jak u nas - nie wiadomo po co, bo tramwaj traci przez to na wyglądzie).

Jak poinformował producent, wydarzenie to przyciągnęło tysiącosobowy tłum. Potem 23 marca w Dniu Przyjaźni Polsko-Węgierskiej tramwaje oglądał w Segedynie prezydent RP Bronisław Komorowski (tak długo zbierałem się z zachwytami nad segedyńskim Swingiem, że gospodarz prezydenta Komorowskiego, czyli prezydent Węgier Pal Schmitt zdążył się już podać do dymisji w atmosferze oskarżeń o plagiat).

Sylwetkę i - jakby to ujęli kolejarze - malaturę Swinga węgierskiego uważam za o wiele bardziej udane niż w Swingach warszawskich. A także lepsze od modelu zamówionego przez rumuński Kluż (ponad 300 tys. mieszkańców), gdzie pod koniec maja ma być otwarta nowa linia tramwajowa, a do końca 2012 r. trafi tam 12 takich składów z Bydgoszczy:

 

Dla porównania zerknijmy, jak zmieniały się Pesy, a potem Swingi w Warszawie: 

To wersja buraczkowo-pogrzebowa z fikuśnymi żółtymi wstawkami wokół okien i drzwi - lato 2007 r. Teraz widać, jak smutno to wyglądało.

A teraz Pesa zrobiona na szaro na specjalne życzenie naszych ratuszowych estetów (miał być metalic, ale jakoś nie wyszło :-):

W wersji ”jajecznica” - czarny z przodu jest tylko zderzak:

Pierwszy Swing, jeszcze w hali fabrycznej w Bydgoszczy (żałoba na froncie - czarny od góry i od dołu):

I wreszcie Swing, który dotarł do Warszawy jako setny - w okazjonalnym malowaniu (szkoda, że nie zostawiono takiego na dłużej), widać już jednak, że żałoba jest mniejsza, bo od góry mamy kolor czerwony:


Fot. PESA

I jeszcze dla porównania tramwaje dwóch innych marek, które jeżdżą w Polsce:

Skoda we Wrocławiu, a poniżej Solaris w Poznaniu, który też zaczyna podbijać zagraniczne tory - takie składy zamówiła niemiecka Jena: 

(osa)

18:21, osa_oraz_smik , Ze świata
Link Komentarze (13) »
czwartek, 05 kwietnia 2012


Fot. Franciszek Mazur/AG

Z ambiwalentnymi odczuciami przyglądam się sporowi o konkurs na nowy system informacji wizualnej w II linii metra. Z jednej strony grupa grafików protestuje przeciw decyzji dyrekcji Metra Warszawskiego, która prowadzi do tego, że inaczej będzie w I linii, a inaczej w II. Trudno odmówić im racji, bo będzie to wyglądać dziwnie.

Z drugiej strony niektóre elementy informacyjne, które mamy dzisiaj, są tak beznadziejne, że aż chciałoby się, by wreszcie znikły z naszych pasażerskich oczu i nie były powielane na kolejnych stacjach. Przydatne i w miarę czytelne są dokładne mapy najbliższej okolicy stacji, ale już tzw. schematy I linii umieszczane w wagonach i peronach to bubel, jakich mało. Na tych pseudomapach nic się nie trzyma kupy - przekłamane proporcje i odległości, liczne błędy (ze słynnym już nieistniejącym trolejbusem), a także zbędne szczegóły. Do tego wyjątkowo brzydka kolorystyka: żółte kreski ulic na pomarańczowym tle + kilka przypadkowych w większości zielonych plam - ni to parki, ni to cmentarze.

Przez wiele lat dyrekcja Metra przyznawała wytrwale, że wszystko to prawda, ale w kolejarskim stylu dodawano zaraz, że nie-da-się z tym nic zrobić, bo koszty ogromne i w ogóle problem. Ale nie tak dawno temu okazało się, że ma się zmienić sponsor - nowy bank wyprze z mapek poprzedni. Łudziłem się wtedy, że oznacza to także wymianę znielubianych mapek. Ale gdzie tam, szkaradziejstwa zostały, co najwidoczniej nie przeszkadza sponsorowi (nie mówiąc o dyrekcji Metra). Porobiłem sobie wtedy kilka zdjęć (w wolnej chwili postaram się je odkopać i dodać do wpisu) z mapkowymi absurdami. I tak np. ul. Racławicka jako gruba kreska jest tu tak samo ważną arterią między Puławską a Wołoską co dalej - do al. Żwirki i Wigury. Kopińska dochodzi do ronda Zesłańców Syberyjskich. Lazurowa jest dwukrotnie grubszą linią niż równoległa Powstańców Śląskich, czyli zupełnie odwrotnie. Trasy Siekierkowskiej właściwie brak, bo ginie wśród tak pierwszorzędnych arterii jak Wolicka, Polska i Antoniewska. Itd. itp.

Autor tego bubla Ryszard Bojar wykłóca się teraz o honoraria z tytułu praw autorskich. Na jego miejscu wstydziłbym się przyznawać do swojego dzieła. Metro nie tylko nie powinno go powielać na II linii, ale też pozbyć się z pierwszej.

(osa)

21:40, osa_oraz_smik , Metro
Link Komentarze (14) »

Gazeta.pl Warszawa