środa, 29 września 2010

Równo za miesiąc 29 października mija oficjalny wciąż termin otwarcia pierwszego wiaduktu przy Dworcu Gdańskim na Żoliborz. A budowa w lesie. Na początku kwietnia miejscy urzędnicy niespodziewanie zamknęli tymczasowy przejazd między ul. Andersa a Mickiewicza z ustami pełnymi obietnic: owszem, odcinamy ludzi z okolic Cytadeli od stacji metra, owszem uczniowie szkół przy ul. gen. Zajączka nie będą mieli jak do nich dojść z Dworca Gdańskiego, ale za to ruch przywrócimy już pod koniec października! Z objazdów wrócą autobusy, skończą się korki w tej części miasta - powtarzali.

Staliśmy wtedy na peronie Dworca Gdańskiego z koordynatorem ratusza ds. remontów Wiesławem Witkiem, który niemal dawał się pociąć za to, że termin zostanie dotrzymany. Kiepsko to jednak wszystko skoordynował. Początkowo można było nawet mieć nadzieję, że się uda, bo rozbiórka starej konstrukcji przebiegła błyskawicznie - w jeden weekend. Niestety, potem zaczęły się schody. 

Wydaje się, że wszystko zaczęło się, gdy miasto odpuściło sobie zapowiadane wcześniej przyspieszenie budowy II linii metra (otwarcie wiaduktu na Żoliborz miało ją poprzedzać, żeby pod spodem można było puścić jeden z głównych objazdów na ul. Słomińskiego). Być może ratusz przestraszył się, że wyborcy nie zdzierżą jednak totalnie zakorkowanych ulic (tu los zemścił się na rządzących z tunelem na Dźwigowej). Niewykluczone też, że sprawne przygotowanie budowy metra jest poza zasięgiem naszych urzędników.

Do tej pory nikt sensownie i wiarygodnie nie wytłumaczył, skąd opóźnienie prac przy Dworcu Gdańskim. Słyszymy stare śpiewki o niespodziewanych komplikacjach pod ziemią, znaleziskach, których nie ujęto w projektach. To jedna z tych wymówek, które trzeba brać na wiarę, bo nie sposób ich zweryfikować. Dlaczego nic nie dzieje się na rozkopanej ulicy Iksińskiej? Ależ dzieje się - odpowiadają zazwyczaj rzecznicy - tylko tego nie widać, bo robotnicy pracują pod ziemią.

Zostawiając na wybory rozgrzebany wiadukt na Żoliborz, który jest jednym z warszawskich mateczników rządzącej Warszawą Platformy Obywatelskiej, ratusz sporo ryzykuje. Zwłaszcza że i do rady dzielnicy, i do Rady Warszawy PO wystawia w tym okręgu niezwykle słabych kandydatów albo tych samych niekompetentnych radnych, którzy udają, że znają się na komunikacji, popierają populistyczne postulaty utrzymywania i tworzenia linii zewsząd wszędzie. Aż troje znajduje się na przedstawionej dziś przez Katarzynę Munio (tej antypartyjnej z piskorczykowskiego SD) liście wiecznych milczków, którzy przez 4 ostatnie lata nie odezwali się ani słowem. Sprawdziłem, że nr 1 na liście PO, czyli niejaki Piotr Mazurek, pojawia się w archiwum ”Gazety” tylko raz: jesienią 2006 r. napisaliśmy, że został wybrany do Rady Warszawy. I to wszystko o nim (skądinąd wiadomo, że na koncie ma członkowstwo w RS AWS i razem z całą resztą jest forsowany przez wpływową w ratuszu, choć marną posłankę PO Fabisiak). On sam twierdzi, że ”wolał działać w terenie”, niż gadać po próżnicy na forum Rady. Ciekawe więc, co pan radny zrobił np. w sprawie wiaduktu, który najpierw przez pół kadencji sypał się i dogorywał, a teraz z trudem się odradza. Jakoś nie słyszałem, żeby zainteresował się, dlaczego miesiąc przed otwarciem przejazdu budowa była w takim oto stadium zaawansowania:

(osa)

18:25, osa_oraz_smik , Remonty
Link Komentarze (6) »
piątek, 24 września 2010

Miłośnicy kolei i wszystkiego co jeździ po szynach powinni być w tym tygodniu w Berlinie na targach InnoTrans. Oto mała fotorelacja z imprezy.

Na początek najszybsze pociągi, które najbardziej rozbudzają wyobraźnię, szczególnie u nas, nad Wisłą, gdzie marzy się o Kolejach Dużych Prędkości.

To Pendolino dla szwajcarskich kolei, które ma się rozpędzać ”tylko” do 250 km/h. Szwajcaria, która nie jest ogromnym krajem nie stawia jednak na zawrotne prędkości, tylko na częste kursy, wygodne przesiadki i pewność połączeń.

Kosmiczny pociąg Zefiro. W zeszłym roku 80 takich składów ostatnio zamówiły Chiny. Mają się rozpędzać do 380 km na godz. W Berlinie firma Bombardier pokazała jednak makietę tego pociągu. Wewnątrz można było odbyć wirtualną podróż pociągiem przed specjalnym ekranem.

Poniżej pociąg Velaro D Siemensa dla kolei niemieckich. Maksymalna prędkość 320 km/h

 

A to już strzała z Polski. Premiera ELFa z bydgoskiej Pesy, która była mocno reklamowana ludzikami-elfami i w efekcie przyciągnęła sporo ludzi. PESA oferuje różne ELF-y - aglomeracyjne z V max 130 km/h, regionalne V max 160 km/h i międzymiastowe z V max 190 km/h. Ciekawe, czy ktoś kupi pociągi w takiej wersji i rzeczywiście pojadą z taką prędkością.

W Belinie mocno promował się także tramwja Swing. Ciekawskich przyciągał koncert jazzowy.

Kolejny polski akcent - tramwaj Tramino Solarisa, który niedługo ma zacząć jeździć po Poznaniu

Ze swoim szynobusem do stolicy Niemiec pojechał tez nowosądecki Newag. Zamówiło go województwo Pomorskie. Dla mnie jest dość toporny.

I jeszcze zabytki. Niemiecki parowozik Hanomag z 1925. Wyjątkowo czyściutki i dopieszczony

Zabytkowy wagon restauracyjny kolei francuskich. Wnętrze jest niesamowite. Jakość materiałów robi wrażenie. Chyba taki wagon podczepiano do Orient Expresu.

(śmik)

18:34, osa_oraz_smik , Ze świata
Link Komentarze (15) »
czwartek, 23 września 2010

Fot. Franciszek Mazur/AG

Ponieważ przed nami znowu mecz Legii Warszawa na rozbudowanym za kilkaset miejskich milionów złotych stadionie przy Łazienkowskiej (im większy, tym bardziej żałosne są wyniki tej drużyny), przypominam obrazki, które zrobiły na mnie duże wrażenie poprzednim razem.

27 sierpnia przechodziłem akurat w pobliżu i wprost nie mogłem uwierzyć, że straż miejska wzięła się wreszcie do roboty. Tydzień wcześniej nasz redakcyjny kolega Michał Wojtczuk wytknął jej w komentarzu, że choć siedzibę ma dwa kroki obok, nawet nie kiwnęła palcem w sprawie zaparkowanych wszędzie kibicowskich samochodów. Porozjeżdżały trawniki i chodniki, obstawiły przystanki - słowem bezhołowie pod okiem strażników.

Teraz było całkiem inaczej. Między latarniami wzdłuż Wisłostrady porozwieszano biało-czerwone taśmy z napisem ”straż miejska”. Strażnicy stali co 20 m. Słyszałem, jak jeden z kibiców, który nie mógł jak zwykle wjechać sobie na trawnik, wołał do funkcjonariusza: ”Przez złość nam to robicie!”. Ten odpowiedział filozoficznie: ”Kazali, to stoimy”.

I o to chodzi! Niech ktoś każe i niech znowu stoją. Niech tak będzie dotąd, aż wygodniccy kibole nauczą się, jak się parkuje. Do obstawienia polecam jeszcze przystanki na Wisłostradzie pod Trasą Łazienkowską. Kto przyjechał na mecz samochodem odpowiednio wcześnie, mógł jeszcze znaleźć wolne miejsca na parkingach wzdłuż ul. Kawalerii (wcześniej oczywiście megakorek na Wisłostradzie i Szwoleżerów). Widziałem tam wysypujących się z dzikim rykiem podchmielonych jegomościów z Kutna w strojach klubowych. Widziałem też wielu podobnie wyposażonych kulturalnych panów (i panie też), którzy na spotkanie swojej drużyny przyjeżdżali autobusami. Ech, gdyby tak wszyscy. I gdyby Legia zaczęła w końcu wygrywać... Trzymam kciuki, tak samo jak za Polonię.

PS Taśmy znowu wisały - trawniki obronione przed najazdem kibicowskich aut (sporo rejestracji pozawarszawskich). Patrole straży miejskiej widoczne - brawo! Samochody zastawiały jednak przystanek Legia-Stadion na Wisłostradzie w stronę Sadyby i tradycyjnie chodnik z przystankiem pod Trasą Łazienkowską. Legii też się udało wreszcie wygrać i to w dziesiątkę - gratulacje! Teraz trzymamy kciuki za Polonię.

(osa)

17:45, osa_oraz_smik , Parkowanie
Link Komentarze (27) »
wtorek, 21 września 2010

Więcej było zamieszania przed remontem skrzyżowania pasów startowych na Lotnisku Chopina niż w jego trakcie. W tym przypadku strach miał bardzo wielkie oczy. Teraz Porty Lotnicze chwalą się, że ”prace [zaplanowane na jeden pełny i dwa niecałe weekendy września] przebiegły bez żadnych zakłóceń i zgodnie z harmonogramem”.

Fot. Filip Klimaszewski/AG

Na pewno większe zamieszanie spowodowało kilka tematów, które urodziły się w trakcie robót. Po pierwsze dość śmiesznie wyglądają moim zdaniem te wszystkie lamenty, jak to łódzkie lotnisko zagrozi warszawskiemu, odbierając mu tanich przewoźników (zresztą już nie takich tanich). Prawdą jest, że Łódź żąda od nich znacznie niższych opłat lotniskowych niż Warszawa, ale czy razem z nimi przyciągnie tylu pasażerów, ilu by sobie życzyli. Wątpię. Średnio wyobrażam sobie warszawiaków dojeżdżających 130 km (w każdym razie ja po swoich doświadczeniach ze startowaniem w Krakowie i właśnie Łodzi - mówię pas). Poza tym takiemu Podlasiu bliżej jednak do stolicy.

Czy Łódź rzeczywiście perfekcyjnie poradziła sobie z nawałą pasażerów podczas remontów na Okęciu? Tu zdania będą pewnie podzielone, w oficjalnych relacjach dostrzegam ton przesadnego chyba triumfalizmu. Mnie niektóre obrazki z lotniska im. Reymonta przypominały te sprzed nieświętej pamięci Etiudy, gdzie też stało się w tasiemcowych kolejkach pod gołym niebem. Na pewno perfekcyjnie nie był rozwiązany dojazd na Lublinek (tu jednak nawaliła głównie kolej - pospóźniane pociągi). Dostawaliśmy w tej sprawie skargi.

W tym kontekście górą nad Łodzią może być nawet Modlin, którego budowa i remont wreszcie się chyba rozkręca. Wiadomo - zbliżają się wybory i marszałek Struzik nie zasypia gruszek w popiele. Nadal plecie coś trzy po trzy o nowej linii kolejowej do Płocka właśnie przez Modlin. Na szczęście - i tu wyjątkowo muszę go pochwalić - odważnie przyjął najdroższy, ale też najlepszy wariant zagłębienia torów w tunelu i podziemnej stacji tuż koło lotniska. Jeśli się z tego nie wycofa, z głowy mamy przynajmniej lądowanie po krakowsku - jak długo jeszcze ludzie będą tam dojeżdżać szynobusem do wahadłowego busika, który wypełniony po brzegi podwozi podróżnych raz na jakiś czas ostatnie kilkaset metrów do terminalu?

Plany planami, o ile Modlin, a i rozbudowane lotnisko w Łodzi, w ogóle zaczną działać pełną parą. W sobotę 18 września głównym tematem stron gospodarczych ”Gazety” był bowiem artykuł Leszka Baja z informacją o nowych mrzonkach ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka. Do kolei dużych prędkości między Warszawą a Łodzią, które zapowiadają się na humbug najbliższej dekady, a które zaczęły oczywiście od powołania osobnego biura z ośmioma dyrektorami, pan minister dołącza teraz mocno już zapomnianą śpiewkę o centralnym lotnisku dla Polski między stolicą a swoim rodzinnym miastem (przy torach KDP). Na nic przestrogi i wyliczenia, że nie będzie ono w stanie przyciągnąć odpowiedniej liczby pasażerów, że może uderzyć w rozwijające się coraz lepiej lokalne porty. Nie, my wciąż musimy bujać w obłokach i śnić o Polsce, wielkim hubie przesiadkowym na drodze między Europą a Azją.

Myślałem, że te bajki mamy już za sobą, bo zdążyli nas wyprzedzić inni - Berlin, Praga, Wiedeń. Zresztą oto, co minister Grabarczyk mówił 30 października 2008 r., gdy zaczynał się przetarg na firmę doradczą, która kolejny raz miała zbadać realność całego przedsięwzięcia: ”Nasz rząd jako pierwszy stawia pytanie: czy jest miejsce na centralny port lotniczy, gdy rozwijają się lotniska regionalne. To decyzja obarczona kilkunastoma miliardami złotych, bo tyle kosztowałaby budowa nowego portu od podstaw” - ogłosił.

Do akcji wkroczyła jednak firma PricewaterhouseCoopers, która teraz przekonuje, że po zbudowaniu centralnego portu ledwo dychający na tle sąsiadów rynek lotniczy w Polsce utrzyma i Lotnisko Chopina, i Modlin, i pozostałe porty regionalne. Gdyby opinia była inna, doradca straciłby szanse na kolejne kosztowne zlecenia, z których nic zapewne nie wyniknie: np. gdzie ten centralny port budować, jakie terminale itp. itd. Czuję wielkie rozczarowanie i raportem, i zamierzeniami Platformy Obywatelskiej wobec inwestycji, na które nie tylko nas nie stać, ale które są zwyczajnie niepotrzebne.

(osa)

19:12, osa_oraz_smik , Lotniska
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 września 2010

Jeden z nas już wie, że potomstwo nie wyssało z niego gorących uczuć do komunikacji, w przypadku drugiego - jeszcze nic straconego (na zdjęciu poniżej :-). Za to nasza redakcyjna koleżanka może być pewna: jej syn - widzieliśmy to na własne oczy - mimo licznych szczepień ochronnych zaraził się komunikacyjnym bakcylem. Kiedy powiedziała mu o zbliżających się dopiero Dniach Transportu Publicznego, kazał się tam wieźć natychmiast. Oto, jak się to skończyło:

Fot. Adam Kozak/AG

Jako matka 2,5-letniego chłopca spędziłam cały weekend na Dniach Transportu Publicznego. I przekonałam się, że o ile nasza miejska komunikacja pędzi, że hej, to kolej jedzie do tyłu.

Pierwszego dnia wybraliśmy się na wielką pętlę na Młociny. To nie nasza część miasta, więc podziwialiśmy po drodze nowe, piękne żoliborskie i bielańskie stacje metra. Na miejscu mnóstwo atrakcji. Stare i nowe autobusy i tramwaje, wóz strażacki, pokaz ratownictwa. Pięknym zielonym, wyprodukowanym w 1969 r. przegubowym wagonem 102N pojechaliśmy do zajezdni R4. Tam dokładnie obejrzeliśmy przeróżne wozy techniczne, w hali z tokarką mogliśmy wejść do kanału i sprawdzić jak tramwaj wygląda od dołu. Wszystkiego można było dotknąć, a państwo pracujący przy tramwajach odpowiadali na pytania.

Tramwaje co chwila wypluwały kolejnych zwiedzających, ale też zabierały wracających. Wróciliśmy na Młociny i jeszcze: zwiedziliśmy wagon trolejbusu z wystawą miniatur, obejrzeliśmy starodawne tramwaje, przejechaliśmy się ogórkiem. I tu też - wszystkiego można dotknąć, wszędzie wejść, dzieciaki siadają za kierownicami solarisów, trąbią, rodzice i dziadkowie robią zdjęcia w autobusach swojej młodości. Dla miłośników staroci - wystawa tablic z numerami, dla tych, co wolą nowoczesność - informacje o drugiej linii metra.

Sama pętla z windami prowadzącymi do łącznika, z którego widać wszystko z góry, też jest wielką atrakcją. Wracaliśmy po czterech godzinach z lizakiem, dwoma balonami i nalepką „Miłośnik metra”. I apetytami na niedzielne zwiedzanie...

Plan był taki, że pojedziemy autobusem i tramwajem (wystarcza nam bilet 20-minutowy) do Muzeum Kolejnictwa, a stamtąd zapowiadanym jako atrakcja szynobusem na Dworzec Zachodni, by obejrzeć nowoczesne lokomotywy.

Owszem dojechaliśmy. Ale Muzeum nie przygotowało, oprócz bezpłatnego wejścia, żadnej dodatkowej atrakcji. Był tylko namiocik z gadżetami do kupienia - sprytny sposób na wyciągnięcie pieniędzy od rodziców. Oczywiście modele kolejek i stojące na bocznicy stare ciuchcie są bardzo fajne. Ale można je obejrzeć i innego dnia. Zresztą na większości wiszą kartki, że wchodzenie grozi kalectwem i śmiercią.

W niedziele nie działała jedna z elektrycznych kolejek. I nie widać było informacji, gdzie ten wymarzony szynobus. Gdzie stanie, domyśliliśmy się, obserwując zbity tłum czekający na peronie (swoją drogą tak zapuszczonym, że czystsze są nawet na zwykłych dworcach).

I w końcu nadjechał. Wagonik wielkości kolejki górskiej nabity był do granic możliwości. Kiedyś na pociągi o takiej frekwencji mówiło się rzeźnia. Tłum wysiadł, wsiadł następny. Człowiek na człowieku, dzieci rozpłaszczone na szybach. Nikt już się tam nie mógł wcisnąć, staliśmy na peronie, czekając aż szynobus ruszy. I nic z tego. Okazało się, że nawet gdy jest atrakcją dnia, nie jeździ cały czas wahadłowo, ale według rozkładu, czyli co pół godziny. Więc będzie tak stał napchany jak puszka szprotek.

Nie ten wątek z podróżowania w starym stylu chciałam pokazać Stasiowi. Miało być z klimatem, ale bez zagrożenia życia.

Odechciało nam się czekać. Bo nawet gdybyśmy wcisnęli się za pół godziny, to jaka gwarancja, że uda nam się wcisnąć i z powrotem? Więc tych nowoczesnych lokomotyw na Zachodnim nie zobaczyliśmy. Zresztą na razie nasze koleje dużych prędkości składają się przecież tylko z ośmiu dyrektorów.

Wróciliśmy do domu tramwajem Pesa (nowoczesny i zapowiada przystanki) i metrem (wagonem radzieckim) z biletem 20-minutowym za 2 zł.

Agata Żelazowska

19:22, osa_oraz_smik , Kolej
Link Komentarze (4) »
niedziela, 19 września 2010

Od kilku dni trwają konkretne przygotowania do budowy szybu startowego przy rondzie Daszyńskiego. Być może za miesiąc zacznie powstawać szyb na Powiślu. Jednym słowem rozpoczęła się budowa drugiej linii metra.

Fot. Franciszek Mazur/AG

Przy okazji ratusz podał ciekawe statystytki dotyczące progozowanej liczby pasażerów. Według szacunków ekspertów, z centralnego odcinka metra roczniebędzie korzystać 10 mln pasażerów. To, niestety, bardzo mało. Dla porównania pierwszą  linią w zeszłym roku pojechało niemal 135 mln pasażerów. Oczywiście centralny odcinek to tylko 6 km i 7 stacji. Jednocześnie jednak liczba przystanków na pierwszym odcinku drugiej linii będzie trzy razy mniejsza w stosunku do linii z Kabat do Młocin, a długość - niemal czterokrotnie mniejsza. Jeśli zestawimy z liczbą podróżnych, która ma być ponad TRZYNASTOKROTNIE mniejsza, to wniosek jest jeden: odcinek metra z ronda Daszyńskiego do Dworca Wileńskiego będzie dość pustawy. Można się wprawdzie spodziewać, że najbardzej popularna stanie się stacja obok pomnika „czterech śpiących" (przesiadki z pociągu jadącego od strony Wołomina czy z tramwajów z Bródna), ale na pozostałych przystankach tłoku nie zobaczymy - zwłaszcza na Stadionie i Powiślu. Tylko niektórym osobom jadącym z dalekiej Woli czy Bemowa będzie się opłacać przesiadka do metra na rondzie Daszyńskiego, które jest już dość blisko centrum.

Można sobie wyobrazić czarny scenariusz, w którym przez wiele lat będzie pustawy ogryzek drugiej linii metra, bo na budowę peryferyjnych odcinków na Bemowo i Bródno nie wystarczy pieniędzy. Wydaje się więc, że rozwiązanie jest jedno. Ekipa rządząca miastem już teraz musi ostro lobbować, by Unia Europejska znalazła przynajmniej 75 proc. pieniędzy na odcinki peryferyjne. Wydaje się, że będzie to możliwe dopiero w budżecie na lata 2014-2020. Moim zdaniem budowa jednego lub dwóch fragmentów jednocześnie powinna się zacząć najpóźniej 2014 r. Taką inwestycję trzeba już poważnie planować.

Z drugiej strony budowa metra to gigantyczny "pożeracz pieniędzy", który sprawia, że brakuje na inne inwestycje np. na nowe trasy tramwajowe. Jeśli w 2020 r. okazałoby się, że mamy tylko centralny odcinek za 4 mld zł, którym mało kto jeździ, to byłaby to spora kompromitacja.

(śmik)

 

21:45, osa_oraz_smik , Metro
Link Komentarze (39) »
 
1 , 2

Gazeta.pl Warszawa