poniedziałek, 18 marca 2013

Na przystanku, na którym często czekam po pracy (a czekam zazwyczaj długo, bo moja linia nie należy do najbardziej punktualnych w mieście), wciąż natykam się na ogromny plakat anonsujący otwarcie centralnego odcinka II linii metra. Jest tam mnóstwo danych, kolorów, rysunków i strzałek. A najbardziej rzuca się w oczy data: jak II linia zmieni stolicę w 2013 roku?

Czyli autorzy tego propagandowego dziełka musieli zakładać, że metro rzeczywiście pojedzie zgodnie umową podpisaną pod koniec października 2009 r. Przewidywała ona - i takie też zapowiedzi padały w urzędzie Pragi Północ, gdzie zawierany był kontrakt z konsorcjum Astaldi-Gulermak-PBDiM - że II linia ruszy dokładnie cztery lata później. Kiedy jednak jakiś czas temu ”Gazeta” zacytowała miejskiego koordynatora ds. remontów i inwestycji Wiesława Witka (”Metrem pojedziemy wiosną 2014 r.”), niektórzy pytali, co w tym dziwnego, bo rzekomo od samego początku jasne było, że jesień 2013 r. to tylko termin zakończenia prac, a potem przez kolejne miesiące mają trwać odbiory.

Takie tłumaczenia miały zamarkować obsuwy oczywiste dla obserwatorów tej coraz bardziej nieszczęsnej inwestycji. Dopiero od niedawna urzędnicy i wykonawca oficjalnie przyznają, że trwają negocjacje nad aneksem do umowy. Wcześniej była mowa o 180 straconych dniach, teraz liczba ta wzrosła do 200. Po ostatnich wyczynach z tunelem Wisłostrady czy kilkumiesięczną przerwą w drążeniu tuneli w Śródmieściu można już mieć wątpliwości, czy metro ruszy nawet na przyszłoroczne wybory samorządowe (jesień 2014 r.).

A na plakacie z przystanku czytam, wypatrując autobusu, jak to m.in. dzięki II linii metra w 2013 r. zmieni się Praga (obecnie totalnie sparaliżowana przez budowę, z tego powodu nawet przestępcy zaczęli się stąd wynosić, co odnotowały policyjne statystyki): ”Wzrosną dochody mieszkańców, o 15 proc. wzrośnie wartość nieruchomości, o ok. 25 proc. wzrośnie liczba firm”. Poza tym nastąpi ”przyspieszenie procesu rewitalizacji budynków”. W podpisie źródło: ”Urząd Miasta Stołecznego Warszawy, październik 2010”. Nie wiem, ile jeszcze ten plakat powisi, ale można by pomyśleć nad jakąś nową propagandą. Np. coś o linii tramwajowej na Tarchominie albo tramwajach, które od roku miały kursować ul. Powstańców Śląskich od Górczewskiej do Radiowej?

(osa)

PS Wisiał sobie plakat i wisiał, aż tu nagle (22 marca) już go nie ma...

22:42, osa_oraz_smik , Metro
Link Komentarze (8) »
czwartek, 14 marca 2013


Fot. Pablo Leguzamon/AP 

W Autobusie_czerwonym trudno pominąć taką informację: w komentarzach o nowym papieżu Franciszku media na całym świecie powtarzają z lubością, że jako arcybiskup Buenos Aires i prymas Argentyny poruszał się po mieście komunikacją miejską.

Reporterka CNN sprawdziła, że często był widywany w linii 70. Oto link do jej przejażdżki zielono-białym mercedesem w kierunku pętli Pompeya:
http://edition.cnn.com/video/#/video/world/2013/03/15/pkg-darlington-bergoglio-shantytown.cnn?iref=videosearch

Na stronie internetowej brytyjskiego dziennika ”The Guardian” znalazłem zaś 13 faktów z życia dotychczasowego kardynała Jorge Mario Borgoglio i oprócz tego, że nakazywał księżom chrzcić dzieci samotnych matek, ucałował stopy chorym na AIDS i nie ma jednego płuca (inni mówią, że jednego z płatów), na pierwszym miejscu podano: ”He likes to travel by bus”. Na trzecim zaś: ”He is a son of Italian railway worker”.

W pierwszym dniu po konklawe podczas konferencji prasowej w Rzymie podkreślał to też kardynał Stanisław Dziwisz: - A ja się cieszę jeszcze wiecie dlaczego? [Nowy papież to] syn kolejarza - mówił.

Te korzenie mogą jakoś tłumaczyć niezwykłe jak na hierarchę tej rangi zamiłowanie do transportu publicznego. My w Polsce jesteśmy raczej przyzwyczajeni do limuzyn, którymi poruszają się biskupi, niektórzy - jak np. sufragan warszawski - zresztą źle na tym wychodzą.

”The Catholic World Report” przytacza słowa arcybiskupa Nowego Jorku kard. Timothy'ego Dolana, który po wyborze papieża Franciszka opowiadał reporterom, że nawet wtedy pojechał on z resztą purpuratów autobusem z bazyliki św. Piotra: ”Tak więc podjechaliśmy autobusami razem z kardynałami, żeby pozdrowić Ojca Świętego wracającego do Domu św. Marty i kiedy zatrzymał się ostatni autobus, zgadnijcie, kto z niego wysiadł? Papież Franciszek. Domyślam się, że powiedział kierowcy: >W porządku, podjadę razem z chłopakami autobusem«”.

”W Ameryce Łacińskiej cieszy się on wielkim prestiżem nie tylko w Kościele, ale także wśród wiernych, którzy przywykli do tego, że spotykają go w autobusie lub w metrze, a nawet na dzielnicowym bazarze, na który chodził, by zrobić zakupy na potrzeby działalności charytatywnej archidiecezji” - pisze Luis Badilla w portalu ”Il Sismografo”, a jego słowa przytacza Polska Agencja Prasowa.

Metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz powiedział zaś dziennikarzom, że miał okazję odwiedzić kard. Bergoglio w Buenos Aires w 2011 r.  - To rzeczywiście nie pałac biskupi. To duży dom, gdzie są też mieszkania na wynajem. I on mieszkał wśród tych zwykłych ludzi - mówił.

Dla porządku dodajmy jeszcze, że Buenos Aires, gdzie mieszka ok. 3 mln osób (cztery razy tyle w aglomeracji), ma najstarszą sieć metra w Ameryce Płd. - z 1913 r. (jak podaje oficjalna strona metrovias.com.ar - tylko 12 miast na świecie miało metro wcześniej). Długość linii nie jest jednak duża jak na tak ludne miejsce - liczą tylko 48 km. W rodzinnym mieście nowego papieża od 2011 r. mają też coś takiego jak metrobusy, czyli szybkie połączenie naziemne z 21 przystankami o długości 12 km:


Fot. Jpmorino, źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Metrobus_BsAs.jpg

(osa)

13:38, osa_oraz_smik , Ze świata
Link Komentarze (2) »
czwartek, 07 marca 2013

W tym roku wyjątkowo wcześnie wyrwałem swój rower ze snu zimowego i ruszyłem wczoraj na przejażdżkę m.in. drogą nad Wisłą. Z niemałym zdziwieniem odkryłem, że wciąż nie da się normalnie ominąć obiektu MPWiK, w którym ścieki z siłą wodospadu spadają do rury ułożonej pod Wisłą w kierunku oczyszczalni Czajka.

 

Wciąż u zbiegu Wisłostrady i mostu Marii Skłodowskiej-Curie (zwanego dalej Północnym) można się natknąć na druciany płotek w poprzek drogi rowerowej. Nie jest też ona do końca wyasfaltowana. Trzeba więc tam zsiąść z roweru i przeprowadzić go wyżłobioną już zresztą ścieżką na trawniku:

 

Ile to jeszcze potrwa?

Inna obserwacja z tej przedwiosennej eskapady jest znacznie bardziej przykra. Zimą dało się słyszeć narzekania cyklistów, którym mróz niestraszny, że miasto nie zleca odśnieżania dróg rowerowych. Są przejezdne tylko tam, gdzie pod spodem leżą rury z ciepłą wodą. Dla mnie o wiele większym problemem jest teraz to, że nikt nie przejmuje się kilogramami rozbitego szkła, które zalega na naszych ścieżkach. W niektórych miejscach wzdłuż trasy mostu Północnego aż chrzęści pod kołami (dobrze, że opony grube). Za imponującej wielkości ekranami akustycznymi muszą się odbywać regularne libacje. Pijaków tu nie widać, więc hulaj dusza. Ciekawe, kiedy to wszystko zostanie posprzątane, bo rowerzystów jest już całkiem sporo.

Mijałem ich w drodze przez most do najnowszego krańca tramwajowego Stare Świdry. Uruchomiony podczas śnieżnej zimy teraz jest widoczny w całej okazałości:

 

Oto nakładka, czyli specjalna konstrukcja zainstalowana na torach i betonowym podtorzu, dzięki której dwukierunkowe tramwaje linii 2 mogą zawracać do Metra Młociny. Przy każdym przejeździe w okolicy słychać dość przeraźliwy pisk i łoskot kół. Dzieje się tak, choć tramwaje poruszają się niezwykle wolno - chyba pierwszy raz poza zajezdnią widziałem takie oto ograniczenie prędkości:

 

Tramwaj dojeżdża do ściśle określonego miejsca na zakręcie do przyszłego odcinka w głąb Tarchomina. Zainstalowano tam nawet coś w rodzaju wysepki dla wysiadających motorniczych, ale w mojej obecności każdy przechodził od razu z jednego końca tramwaju na drugi.

 

Było to w popołudniowym szczycie powrotów z pracy (godz. 16.30-17), więc miałem też okazję przyjrzeć się frekwencji w dwójce. Widać, że o tej porze linia ta ma swoich amatorów. Na Stare Świdry tramwaje mniej więcej co pięć minut przywoziły od kilkunastu do 27 pasażerów (z tej ostatniej grupy 23 poszło od razu na przystanek autobusowy przy Myśliborskiej - linie: 101, 211, 214 i 741). Przypomnijmy: są to tramwaje, które mogłyby zabrać ponad 200 osób. Z powrotem przez most ruszały z pojedynczymi pasażerami.

(osa)

17:08, osa_oraz_smik , Rowery
Link Komentarze (4) »
wtorek, 05 marca 2013


Fot. Dariusz Borowicz/AG

Nie jestem do końca pewien, czy rzeczywiście od razu należało puszczać linię autobusową otwartym niedawno pierwszym odcinkiem ulicy zwanej wciąż roboczo Nowolazurową (jak dla mnie ta szara i obstawiona ekranami akustycznymi arteria mogłaby się nazywać po prostu Smutną, bo jakikolwiek patronat nad czymś tak bezgranicznie brzydkim byłby raczej ujmą niż wyróżnieniem). Zmiany tras w Ursusie rozpętały protesty, a urzędnicy na gorąco wprowadzali poprawki (dzięki nim ul. Orląt Lwowskich na os. Niedźwiadek została z linią 194). To kolejny w tym roku taki przypadek po Tarchominie - znowu Zarząd Transportu Miejskiego nie spytał wcześniej o zdanie pasażerów, jak to miał w zwyczaju wcześniej. Ciekawe, czy to już trwałe odwrócenie tego trendu...

Największą pomyłką jest moim zdaniem zmiana trasy linii 394 wycofanej z os. Niedźwiadek. Dotąd było to lokalne połączenie tego osiedla ze stacją kolejową w Ursusie. Wprawdzie na Niedźwiadku powstaje nowa (ma być czynna od jesieni 2013 r.), ale nawet wtedy lokalna linia 394 przydałaby się na tym osiedlu. Jeśli już Nowolazurową musiały pojechać autobusy 187 (nie lepiej 401 przekształcone docelowo po otwarciu stacji Warszawa Niedźwiadek w całodzienne połączenie z 517?), to 394 w postaci np. 294 powinno przejeżdżać z Niedźwiadka tunelem na Cierlickiej do starej części Ursusa i ewent. nowych osiedli na Skoroszach. A tak pl. Tysiąclecia poza godzinami szczytu został z dwoma kiepskimi liniami (177 i zdegradowaną do 20 minut 394), a w weekendy tylko z tym jednym nędznym i krażącym wszędzie autobusem 177. Na moje wątpliwości biuro prasowe Ursusa odpowiedziało, że mieszańcy pl. Tysiąclecia mają ”blisko” do przystanków na ul. Walerego Sławka, gdzie kursuje więcej linii.

Spytałem też o dalszy etap zmian. Tajemnicą pozostają jednak losy linii 517 , której likwidacji w obecnej postaci należałoby się spodziewać po otwarciu stacji Warszawa Niedźwiadek (pociągi przejmą większość pasażerów z osiedla i dojadą do centrum szybciej niż ten pseudoprzyspieszony autobus). Ciekawe, czy będzie powtórka obrony jak w przypadku innego dublera kolei - linii 521.

Ku mojemu zdziwieniu biuro prasowe w Ursusie ujawniło zaś plan przedłużenia linii 394 po oddaniu opóźnionego już o rok wiaduktu na ul. Giedziejewskiego. Nowa trasa wiodłaby do pętli Karolin. Dalsze szczegóły zdradził ZTM - otóż po oddaniu trasy tramwajowej na ul. Powstańców Śląskich (odcinek Górczewska - Radiowa, również rok opóźnienia w tej chwili, a aktualny termin otwarcia dopiero w 2014 r.) linia 394 miałaby zostać wydłużona z Karolina ”na Jelonki”. I tu możemy zgadywać, że w miejsce wycofanej z Bemowa linii 112 (kiedyś mówiło się, że będzie dojeżdżać z Bródna przez ul. Żeromskiego i al. Reymonta tylko do Chomiczówki, bo dalej byłby już tramwaj). Czyli Skorosze - Stary Ursus - urząd Ursusa - Gierdziejewskiego - Połczyńska - Szeligowska - Lazurowa - Człuchowska i... Powstańców Śląskich - Górczewska - Płocka - Młynów? Tak mniej więcej linia 394 kursowała w dawnych czasach, pamiętam ją, gdy w latach 80. mieszkałem jeszcze na Woli. Ciekawe, czy przy okazji ZTM będzie chciał wyrugować z Człuchowskiej - Górczewskiej linię 190. Znane są przecież plany ograniczenia liczby autobusów z Woli i Bemowa także w kierunku Trasy W-Z po otwarciu centralnego odcinka II linii metra.

(osa)

22:18, osa_oraz_smik , Autobusy
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 marca 2013

Jesteśmy po debacie o parkowaniu w Warszawie, którą zorganizowaliśmy dla czytelników w redakcji "Gazety". W pamięci zostały przede wszystkim uniki przed udzielaniem konkretnych odpowiedzi jednego z naszych gości - wiceprezydenta Warszawy Jacka Wojciechowicza. Nieprzygotowanie? Dla mnie ewidentne tchórzostwo. Nie chciał niczego powiedzieć o wysokości rocznego abonamentu dla mieszkańców (dlaczego tylko 30 zł, skoro w innych polskich miastach kosztuje 4-5 razy więcej?). Nic o opłatach za wjazd do centrum. Nic wreszcie o tej całej fikcji parkingowej ze zbyt niskimi stawkami za postój, śmiesznymi karami dla niepłacących i tylko 30-40 kontrolerach do sprawdzania kwitków za szybami samochodów na blisko 30 tys. miejsc parkingowych.

Debata pokazała, że ratusz ma tak ogromne problemy z rozszerzeniem od 1 kwietnia strefy płatnego parkowania o kolejne rejony na Ochocie, w Śródmieściu i na Woli, że następnej zmiany jej granic moim zdaniem prędko nie będzie (jeśli w ogóle). W tej kadencji samorządu i półtora roku przed wyborami ekipa Platformy Obywatelskiej zapewne nie będzie chciała sobie ściągać na głowę nowych protestów z okolic Żoliborza czy Służewca, gdzie parkomaty są potrzebne właściwie od zaraz.


Fot. Przemek Wierzchowski/AG

Do wyjaśnienia jest jeszcze jedna ważna kwestia. W chwili widocznej dla uczestników spotkania słabości pan prezydent pozwolił sobie na skandaliczną tyradę adresowaną do nas, dziennikarzy "Gazety". Był to niewątpliwie cymes wieczoru. Nieczęsto w końcu zdarza się, że osoba na takim stanowisku popełnia coś w rodzaju publicznego harakiri. W moich oczach pan wiceprezydent jest już właściwie politycznym trupem. Resztki szacunku i zero zaufania.

Ja i współprowadzący debatę Darek Bartoszewicz usłyszeliśmy w pewnym momencie, że nasze teksty są "nieetyczne", a pytania, na które próbujemy uzyskać odpowiedź podczas spotkania to "bezczelność". Należało być może zareagować bardziej stanowczo, niż to zrobiliśmy, ale wiceprezydent był gościem redakcji (nie sądzę, że będzie nim znowu). W naszej obronie stanęła radna Ochoty Ingeborga Janikowska-Lipszyc. Wojciechowiczowi powiedziała tak: polityk powinien trzymać swoje nerwy na wodzy, a "Gazeta" i jej dziennikarze nie są agencją PR-ową, którą pan wiceprezydent może sobie wynająć. Podpisuję się pod tymi słowami.

Wątpię jednak, by Jacek Wojciechowicz wziął sobie te uwagi do serca. Mam wrażenie, że mimo upływu lat i zajmowanego obecnie stanowiska nadal tkwi w nim mentalność burmistrza Raciborza czy Wesołej. Być może na tym szczeblu oczywistym wydawało się oczekiwanie, że dziennikarze piszą politykowi wyłącznie laurki, inaczej bowiem ich redakcje nie dostaną od urzędu ogłoszeń. Odkąd pamiętam, pan prezydent Wojciechowicz zaczyna spotkania z nami od połajanek za niegdysiejsze artykuły, przypominając nawet po tygodniach całe zdania, którymi poczuł się dotknięty. Mało tego, marudzi w ten sposób przy różnych okazjach i w różnych gremiach, o czym potem donoszą nam życzliwi.

Wygląda więc na to, że na debatę do "Gazety" przyszedł przede wszystkim po to, żeby wygłosić swoje osobliwe expose na temat pracy jej dziennikarzy. Poczuł się tu jak u siebie w ratuszu (słynne są jego impertynencje wobec podwładnych urzędników) czy w partyjnej centrali, gdzie jako wiceprzewodniczący warszawskiej PO rozstawia po kątach zbyt aktywnych radnych. Stąd działacze stołecznej Platformy Obywatelskiej - poza nielicznymi wyjątkami (pełen szacunek, ale bez nazwisk i pocałunku śmierci) - jawią mi się jako wierna i mierna masa. Lepiej się z niej nie wychylać przez całą kadencję, żeby po czterech latach zasłużyć na biorące miejsce na liście w kolejnych wyborach. Ci, którzy robili inaczej, już są u innych (Wojciech Tumasz z Białołęki) albo poza samorządem (Michał Kubiak z Woli).

Wiceprezydent Wojciechowicz podważył naszą zawodową uczciwość w obecności czytelników i urzędników, nie wymieniając żadnych konkretnych zastrzeżeń. Zrobił to w redakcji. Ostatniej już ogólnowarszawskiej miejskiej gazecie. Oczywiście są jeszcze portale internetowe (choć nie zauważyłem, żeby ostatnio poświęcały szczególnie dużo uwagi strefie płatnego parkowania), no i tabloidy. One zawsze chętnie opiszą, czy pan prezydent jedzie do pracy samochodem po buspasie albo zmierzą mu prędkość (a lubi docisnąć gaz do dechy). Nie będą mieć też oporów, żeby np. przybliżyć szerszej publiczności prywatne życie naszego nauczyciela etyki i prawości.

W przyszłym roku mamy wybory i to nie "Gazeta" będzie się musiała rozliczać przed warszawiakami, tylko samodzielnie rządząca miastem Platforma Obywatelska. Z tego, co naobiecywała, i z tego, co się ciągle wali (budowa II linii metra, wspólny bilet, wytyczanie nowych linii tramwajowych, notorycznie opóźniające się inwestycje drogowe, drożejąca bez miary komunikacja miejska). Tak się składa, że za te kluczowe dla warszawiaków dziedziny odpowiada wiceprezydent Wojciechowicz. Nie wykazał się dotąd szczególnie jako budowniczy obiecanych mostów. Za to dowiedzieliśmy się właśnie, że potrafi je za sobą palić.

Jarosław Osowski

20:23, osa_oraz_smik , Parkowanie
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 25 lutego 2013

Zbudowane z ogromnym trudem, wielkim kosztem (całość prac na stacji pochłonęła 129 mln zł, z czego miasto wyłożyło 14 mln) i równie dużym opóźnieniem przejście podziemne pod Dworcem Gdańskim okazało się strzałem w dziesiątkę. Rzadko tam bywam, ale ostatnio przekonałem się, że jeszcze przed godz. 19.30 panuje tam spory ruch, działa duża część punktów handlowych, a wiele osób idzie tędy ze stacji metra nie tylko do pociągów, ale też w stronę Żoliborza.

Okazuje się jednak, że ten podziemny korytarz pełni dodatkową funkcję i w mroźny lutowy wieczór zamienia się w poczekalnię. Dworzec Gdański, jedna z najbardziej ruchliwych stacji w Warszawie, po partackiej modernizacji pozbawiony jest nie tylko zadaszenia nad peronami, ale nawet porządnych wiat, które chroniłyby pasażerów przed chłodnymi podmuchami wiatru czy deszczem. Nic więc dziwnego, że ludzie wolą stać w podziemiach, gdzie nie można, niestety, nigdzie usiąść.

Obrazek ten można zadedykować dyrekcji PKP, która ostatnio po(d)pisała się (pod) podobną wizją Dworca Zachodniego do realizacji przez prywatnego inwestora ze Słowacji - perony bez zmian i mikropoczekalnia przy kasach pod megawieżowcem. Cieszcie się pasażerowie, bo na więcej od polskich kolei liczyć nie możecie.

(osa)

17:19, osa_oraz_smik , Kolej
Link Komentarze (5) »

Gazeta.pl Warszawa