piątek, 16 lutego 2018

Wypatrywałem corocznej konferencji prasowej organizowanej zwykle przez ratusz pod koniec zimy w sprawie planów remontowych i inwestycyjnych na najbliższy sezon. Tym razem urzędnicy ograniczyli się do komunikatu-gotowca, który tzw. dziennikarze z rozmaitych portali internetowych przekopiowali żywcem bez żadnych refleksji ani wątpliwości. Tak to teraz, niestety, działa, dlatego zachęcam, żeby jednak wydać te parę złotych na pogłębione informacje z dodatkowymi, nie zawsze wygodnymi dla urzędników pytaniami. Szerszy tekst na temat tegorocznych remontów ukaże się w "Gazecie Stołecznej" w nowym tygodniu.

Zgodnie z zapowiedziami z poprzednich lat spodziewałem się, że w 2018 r. tramwajarze w końcu zabiorą się do większych robót na rondzie Babka. To fatalne miejsce, gdzie pasażerowie tracą czas w korkach. Pokonanie tego jednego skrzyżowania zajmuje nawet pięć minut, bo tramwaje sterczą na czerwonym świetle przed wjazdem na rondo, przed zjazdem z niego i na drugim przystanku w tym samym węźle przesiadkowym.

Okazuje się, że problem jest też w drugą stronę - tramwaje nie mieszczą się na przystanku w kierunku Żoliborza i częściowo zastawiają ruchliwe przejście dla pieszych:


Dokładnie rok temu byłem po sąsiedzku na pokazie prasowym w centrum handlowym Arkadia, które zaczynało wtedy swoją rozbudowę o nową część z restauracjami. Już działają, a ja pamiętam zapowiedzi prywatnego inwestora, który chciał partycypować w kosztach wydłużenia platformy przystankowej w kierunku Żoliborza i wytyczenia nowego przejścia dla pieszych do tramwajów przez al. Jana Pawła II bliżej drzwi wejściowych do Arkadii. Cytat z archiwum "Gazety Stołecznej":
"Grzegorz Grajkowski z Arkadii zapowiedział wytyczenie dodatkowego przejścia na drugim końcu wysepki przystankowej, która ma być poszerzana prawdopodobnie w 2018 r. Wtedy też powstanie nowy tor dla tramwajów przyjeżdżających z Żoliborza i skręcających na rondzie Babka. To powinno rozładować korki. W tym roku do remontu idzie odcinek trasy tramwajowej wraz z przystankami przed Arkadią na ul. Słomińskiego w stronę mostu Gdańskiego".

Niestety, dodatkowe przejście dla pieszych przy Arkadii nie powstanie. Przynajmniej w tym roku. A szkoda, bo byłoby to rozwiązanie obecnych problemów z tłokiem na przystanku. Wpadają tam na siebie pasażerowie spieszący się do tramwajów i ci, którzy z nich właśnie wysiedli. Poza tym swobodnie mieściłyby się jeden za drugim długie składy.

Niestety, inwestycja najwidoczniej się przesuwa. Podobnie zapowiadane już wiele lat temu rozdzielenie tramwajów skręcających na rondzie Babka w lewo na most Gdański od tych jadących prosto do al. Jana Pawła II i w prawo - do ul. Okopowej. Miał powstać dodatkowy tor na najbardziej obciążonym wlocie na skrzyżowanie. W zamian na razie urzędnicy mówią tylko o przeprogramowaniu sygnalizacji świetlnej. Ma to nastąpić do wakacji 2018 r. Obawiam się jednak, że ruch tramwajowy jest tu tak duży, że pomoże to tylko w niewielkim stopniu.

(osa)

21:25, osa_oraz_smik , Tramwaje
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 05 lutego 2018

Tym warszawiakom, którzy czują może jakieś kompleksy dlatego, że w naszym mieście nie ma aż tylu linii metra co w Paryżu czy Londynie, gdzie cała sieć powstaje od ponad 150 lat, albo nawet w Pradze, Budapeszcie i Bukareszcie, polecam przejażdżkę pociągiem podmiejskim. Pomaga od razu - naprawdę można się dowartościować. Ja nie muszę, ale dla wielu osób, nie wiedzieć czemu, liczy ilość a nie jakość. Stąd np. narzekania, że do Wilanowa dociera tylko jedna linia autobusowa z Wisłostrady, a przedtem były 2 czy 3 (nieważne, że kursowały najczęściej co kwadrans i zazwyczaj wszystkie razem). Stąd też pomstowanie, że w Warszawie tak mało metra.

Fot. Adam Stępień/AG

Jednak odkąd Szybka Kolej Miejska działa tak, jak powinna, a nie tak, jak w początkowym okresie nieudaczników z warszawskiej ekipy Lecha Kaczyńskiego, i odkąd bilet aglomeracyjny Zarządu Transportu Miejskiego obejmuje też Koleje Mazowieckie, uważam, że mamy nie tylko jedną i ogryzek drugiej linii metra, ale też siedem dodatkowych. Co prawda w większości naziemnych, ale co z tego, skoro np. w takim Chicago tylko niespełna 20 km metra znajduje się w tunelu, a przeszło 150 km na powierzchni. Zresztą większość pociągów z obrzeży Warszawy też wjeżdża pod ziemię do genialnego przejazdu na linii średnicowej PKP z lat międzywojennych z późniejszymi stacjami Arseniusza Romanowicza. Pamiętam, jak pożal się Boże kandydat na prezydenta miasta Janusz Korwin-Mikke postulował, by wpuścić tam samochody...

Na co dzień nie dojeżdżam pociągami podmiejskimi czy SKM-ką, dlatego doceniłem, jak działają w mroźny dzień, gdy akumulator w samochodzie odmówił współpracy, a ja musiałem się dostać na brydżowe spotkanie na krańcach Wawra. Kursy w niedzielę nie są zbyt częste, ale wystarczyło sprawdzić rozkład jazdy. Na Dworcu Zachodnim czekał cieplutki skład SKM-ki z nowosądeckiej fabryki Newagu. Czysto, wygodnie, a przejazd zajął niewiele ponad pół godziny. W dodatku było wesoło, bo na stacji w Aninie wsiadł człowiek z gitarą i zaczął się występ z przekazywaniem instrumentu innym pasażerom wtajemniczonym w tej sztuce.

Po pięciu upojnych robrach (jeden, niestety, z dużą górką i sromotną wpadką po kontrze na cztery kiery) powrót Kolejami Mazowieckim z przesiadką niemal na drugi koniec miasta zajął mi tylko 50 minut. W tym połowę dojazd na Dworzec Śródmieście. Bywało, że samochodem trwało to dłużej, jeśli doliczyć rozwożenie pozostałych brydżystów po Wawrze i innych częściach Warszawy. W dodatku pociąg okazał się miłą niespodzianką, bo choć z zewnątrz wyglądał jak reanimowany "kibel" z czasów PRL, to w środku nie mogłem uwierzyć własnym oczom:

Miękkie fotele w barwach przewoźnika zamiast twardych z czerwonego plastiku, który latem przyklejał się do nóg, gdy jechało się krótkich spodenkach. Działało oświetlenie, nie było żadnego brudu i smrodu, znów ciepło, w dodatku uśmiechnięty pan konduktor (fachowo to chyba kierownik pociągu?), który zgodził się opóźnić odjazd, widząc, że biegnę do peronu ("Spokojnie, ma pan jeszcze 12 sekund"). Dałem radę, choć prawdę mówiąc, spodziewałem się SKM-ki 5 minut później.

Tu, niestety, muszą się zacząć narzekania. Sprawdziłem potem w rozkładzie i właśnie tylko tyle wynosi po godz 21 różnica między kursami pociągów. To dziwne, bo potem jest odstęp 20-, a przedtem 25-minutowy.

Z innych obserwacji. Zdziwiłem się, jak łatwo dostać się na tory na tyłach nowych biurowców budowanych lub otwartych już wzdłuż Al. Jerozolimskich między dworcami Zachodnim a Ochotą. Nie ma tam żadnego parkanu. Za to jak zawsze pełno śmiecia.

Za Dworcem Śródmieście (po tzw. estetyzacji na Euro 2012 wróclł tu charakterystyczny smrodek) w kierunku Powiśla pociąg jedzie początkowo b. wolno.

Wspaniały odcinek linii średnicowej prowadzi nad Powiślem, Wisłą i w sąsiedztwie Stadionu Narodowego - aż miło wyglądać za okno.

Dalej jednak lepiej już nie patrzeć, bo widać potworny syf na tyłach praskich, zrujnowanych kamienic przy Targowej i Skaryszewskiej oraz bieda bazar z namiotami przy Zamoyskiego, który przetrwał jeszcze po likwidacji upiornego Jarmarku Europa.

Trasa w kierunku Wawra w ogóle nie wygląda zbyt atrakcyjnie - że też nikomu to nie przeszkadza? Wysypisko śmieci w niedoszłym tunelu za Dworcem Wschodnim pod tzw. Trasę Tysiąclecia (czy kiedyś ona powstanie?). Opuszczone hale fabryczne na Kamionku, które wypiera (i dobrze!) nowa zabudowa mieszkaniowa. Nieużywane bocznice do szpitala wojskowego przy ul. Szaserów. Dzikie ogródki działkowe ze skleconymi byle czym altankami. W większości koszmarne budownictwo (nie licząc ciekawego osiedla koło przystanku Warszawa Gocławek). Zaniedbane perony i budynki stacyjne (w większości zaryglowane na cztery spusty) ze skrzydlatymi wiatami, które udało się na szczęście wpisać do rejestru zabytków.

Mam nadzieję, że odzyskają jeszcze drugie życie podczas zapowiadanej na początek lat 20 modernizacji odcinka Warszawa - Otwock. Pasażerom może być ciężko w czasie tych prac, wierzę jednak, że potem dojazdy będą jeszcze wygodniejsze niż teraz.

(osa)

18:14, osa_oraz_smik , Kolej
Link Komentarze (15) »
czwartek, 01 lutego 2018

Aktywny radny kontanciński Tomasz Nowicki, który kieruje w tej gminie doraźną komisją ds. transportu miejskiego i infrastruktury rowerowej, zrelacjonował mi wczorajszą wizytę u dyrektora pionu przewozów Zarządu Transportu Miejskiego Andrzeja Frankowa przy ul. Żelaznej w Warszawie. Razem z dwójką radnych radnych rozmawiali o planowanych zmianach w komunikacji podmiejskiej na swoim terenie.

Podtrzymano wcześniejsze zapowiedzi skierowania przez nowy odcinek z Powsina do pętli przy stacji metra Kabaty linii podmiejskich przejeżdżających przez Konstancin: 710 i 724 z Piaseczna oraz 742 z Góry Kalwarii. Według radnego Nowickiego rozważane są dwa terminy: początek maja lub początek września. Wszystko zależy od dokończenia przebudowy skrzyżowania ul. Relaksowej i Wąwozowej w Kabatach, z czym biedzą się władze Ursynowa.

Zmiany mają się łączyć z wprowadzeniem w Konstancinie I strefy biletowej. Obniżkę dla mieszkańców i wyższe wydatki z budżetu swojego miasta radni przegłosowali przed końcem 2017 r. i sprawa jest już dogadywana z władzami Warszawy (tak jak wcześniej zrobiły to Marki i Łomianki). Autobusy zyskają miejską numerację. Jak się dowiaduję, linia 700 docierająca od 1995 r. z Dworca Centralnego do centrum rehabilitacyjnego STOCER w Konstancinie miałaby odziedziczyć legendarny numer setki. Okólna linia 100 kursująca po Śródmieściu w czasach PRL była opisywana m.in. kartach "Złego" Leopolda Tyrmanda. Pamiętam "setkę" na Nowym Świecie, pl. Zwycięstwa (dziś Piłsudskiego), Żelaznej czy pl. Unii Lubelskiej.

Inna ciekawa zmiana to: 

Fb radnego Tomasza Nowickiego

Już jakiś czas temu radny Nowicki zapowiadał utworzenie w Konstancinie nowej pętli Grapa przy poczcie na ul. Wilanowskiej. Trzeba ją jeszcze wybudować. Teraz twierdzi, że ZTM jest tam skłonny skierować linię 139 z pętli Metro Wilanowska przez al. Wilanowską, Wilanów i Powsin. To ciekawy pomysł - pomógłby w pewnym stopniu rozwiać obawy pasażerów dojeżdżających z Konstancina do Wilanowa, którzy stracą bezpośrednie połączenie po skierowaniu linii podmiejskich 710, 724 i 742 do Metra Kabaty.

Na pytanie, co jednak z dojazdem do Ogrodu Botanicznego w Powsinie (linia 139 dociera tam teraz przez Klarysew), radny Nowicki twierdzi, że byłyby to tylko podjazdy w wybranych kursach. Po czym autobusy wracałyby z Ogrodu Botanicznego na ul. Warszawską do pętli Grapa. Nie jest to dobre rozwiązanie. Ani dla odwiedzających ogród (co z powrotem do Warszawy?), ani dla mieszkańców Konstancina, którzy woleliby pewnie prostą i szybką podróż bez żadnych zawijasów. Należałoby więc utworzyć dwa osobne połączenia: Metro Wilanowska - Ogród Botaniczny i Metro Wilanowska - Grapa w Konstancinie. Ponieważ będzie jeszcze jedno po otwarciu łącznika Powsin - Kabaty dla autobusów (linia 339: Metro Wilanowska - Wilanów - Powsin - Metro Kabaty), szkoda, że ZTM wykorzystał numer 239 dla utworzonej w tym tygodniu linii Ursynów Płd. - Krasnowola. Lepiej pasowałoby tam 210.

Chyba że ZTM planuje je wykorzystać w Konstancinie zamiast 710, gdy do I strefy biletowej wejdzie także Piaseczno? I tak raczej nie uda się tu stworzyć rodziny linii jak w Markach (140-240-340) czy Łomiankach (150-250-750). Dlatego obstawiałbym, że niezależnie od decyzji taryfowych w Piasecznie obecna linia 725 (Wilanów - Powsin - Kępa Okrzewska) wydostająca się kilkaset metrów na teren gminy Konstancin-Jeziorna powinna przejąć wolny numer 130 widywany w tych stronach w latach 1979-2010.

(osa)

18:29, osa_oraz_smik , Autobusy
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 stycznia 2018

Trwająca od wielu tygodni dyskusja na temat trzeciorzędnego znaczenia - o nowym logo warszawskiego transportu publicznego (ładne - brzydkie, za małe - za duże, na żółtym czy na białym tle i z czym się komu kojarzy literka t z syrenim ogonem) przesłania rzecz o wiele ważniejszą dla pasażerów. A mianowicie kulejącą wciąż informację przystankową.

Dzisiaj pod wiatą spotkałem mapę z układem połączeń tramwajowych i autobusowych sprzed blisko 1,5 roku. Nie ma na niej oczywiście uruchomionych od dzisiaj linii 239 (Ursynów Płd. - Krasnowola; dziwny wybór numeru, bardziej oczywisty wydawałby się tu 210) i powrót 376 (tym razem nie od pl. Hallera do Marcelina, ale dla wzmocnienia przeciwległej końcówki linii 176 z Choszczówki do ul. Budowlanej na Bródnie). Nie ma też jednak istniejącego od blisko roku odcinka linii tramwajowej 2 między Tarchominem Kościelnym a Nowodworami.

Poza tym co z tej mapy za pożytek, skoro umieszczono ją w dolnych partiach wiaty przystankowej? Człowiek przeciętnego wzrostu zdoła się przyjrzeć informacjom co najwyżej z północnej części Warszawy i przedmieść - gdzieś od Łomianek i Jabłonny do Bielan i Białołęki. Kabaty czy Falenica i obszary dalej na południe widzą na wysokości goleni, stawów skokowych i stóp, których Stwórca nie wyposażył w narząd wzroku. Trzeba by w dodatku wysilić oczy, żeby dojrzały wyblakłe od listopada 2016 r. numery linii i nazwy ulic:

W podobnej sprawie napisał też do mnie czytelnik z Żoliborza, p. Wojciech Radomski: "Nie wiem, kto się formalnie opiekuje licznymi, nowymi wiatami na przystankach komunikacji miejskiej w Warszawie. Generalnie są niezłe. Dużo na nich nowych, kolorowych reklam. Czystych i zadbanych. Ale niechlubny kontrast dla reklam stanowią rozkłady jazdy. Są nieczytelne, rozwieszone byle jak, krzywo, czasem gdzieś na dole, po bokach. Na górze są, owszem, ale nieistotne "rozporządzenia", których nikt nie czyta. Ja obserwuję tylko tych kilka przystanków u siebie na Żoliborzu. Z tyłu zawsze wisi mapka połączeń komunikacyjnych. Bardzo dobrze, ale jest ona zupełnie nieczytelna i - podobnie jak rozkłady jazdy - umieszczona gdzieś na dole, chyba dla krasnoludków! A "najlepsza" mapka jest przy gen. Zajączka - nie dość, że totalnie zabrudzona, to umieszczona do góry nogami! I tak już sobie wisi ta mapka dobre pół roku. Brawo!".

Może więc zamiast zajmować się bzdurnym logo, które za parę lat pewnie zostanie wymienione na jeszcze lepsze, więcej uwagi należałoby poświęcić bardziej czytelnym, użytecznym także po zmroku rozkładom jazdy? Pomny warszawskich doświadczeń, gdy czeka się czasem po ciemku na tramwaj i autobus, a wtedy nie sposób dojrzeć napisanych małym druczkiem godzin odjazdów umieszczonych w ciemnej kasetce, z podziwem patrzyłem na wiatę w alpejskiej głuszy między Bormio a Livignio:

Tamtejsza wiejska "fermata" była cała przysypana śniegiem, ale o odpowiedniej porze włączyła się jarzeniówka, oświetlając rozkład jazdy. A i autobus mimo niespotykanych od dwóch dekad zmartwień z zimą przyjechał i dowiózł zgodnie z odczytaną na tymże rozkładzie godziną. Ale o tym już w innym wpisie.

(osa)

20:23, osa_oraz_smik , Przystanki
Link Komentarze (10) »
piątek, 19 stycznia 2018

Fot. Kuba Atys/AG

W czasie, gdy marszałek Mazowsza Adam Struzik (w środku) przybijał piątkę z szefami szwajcarskiej firmy Stalder w Polsce nad jej najnowszym pociągiem Flirt dla Kolei Mazowieckich, ja byłem w drodze do Siedlec. Jednak nie do montowni wagonów Stadlera, która w myśl podpisanej właśnie ramowej umowy, wyprodukuje 71 pociągów dla mazowieckiego przewoźnika i zatrudni kolejne 200-300 osób. Okoliczności były smutne - pogrzeb Włodka Pawłowskiego, wieloletniego korespondenta i redaktora "Gazety Stołecznej", pogromcy marszałka Struzika. Dziś już nikt nie śledzi, jak często pan na Mazowszu wymienia swoje limuzyny, krążąc codziennie między Płockiem a Warszawą. Włodek zmarł 11 stycznia 2018 r. w wieku 63 lat.

W jego mieście byłem wcześniej bodaj raz w życiu i to tylko przejazdem. Teraz wybrałem się pociągiem i był to zaskakująco dobry wybór. Podróż zajęła tylko godzinę. W tym czasie z pewnością nie pokonałbym 90 km z Warszawy do Siedlec samochodem, zwłaszcza że na dworze szalała śnieżyca. Jednak realia kolejowe wciąż trącą PRL-em.

Pociąg o godz. 9.50 z Dworca Centralnego składał się tylko z trzech wagonów. Nie wiem, dlaczego, ale skojarzyło mi z 15.10 do Yumy (w Siedlcach też jest więzienie jak w tamtym westernie i to blisko dworca). Jechaliśmy trzyosobową ekipą, każdy miał miejsce w innym wagonie. Liczyliśmy, że najwyżej spotkamy się w Warsie, ale takiego nie przewidziano. Za to w wagony 1. klasy zostały przerobione na drugoklasowe.


Pociąg jechał aż do Rzeszowa, dziwnie okrężną trasą przez Siedlce, Łuków do Lublina, a potem przez Tarnobrzeg. Może dlatego nie było tłoku. Wiem, że z powodu remontu zamknięto bezpośrednią linię Warszawa - Lublin, ale czas w końcu przywrócić regularne połączenia z Rzeszowem przez Sandomierz. Pamiętam, że pociągi kursowały tą trasą w czasach PRL. Potem nastała moda jazdy naokoło. Np. do Wrocławia z Warszawy szybciej było przez Poznań niż prostą drogą przez Łódź i Ostrów Wlkp. - tak, jak kiedyś pruła w nieco ponad 4 godziny ekspresowa "Odra".

W naszym pociągu do Siedlec wybraliśmy wagon środkowy. W jednym z przedziałów zastaliśmy zakapturzoną pasażerkę, która obwieściła, że obsługa ostrzega przed ziąbem. Ogrzewanie włączy się ewentualnie, gdy pociąg ruszy. Tak się jednak nie stało i konduktorka poprosiła, żeby się przenieść do trzeciego wagonu, który też był przerobiony z 1. na 2. klasę. Ale przynajmniej ciepły.

W Siedlcach zastałem potworne rozdrobnienie komunikacyjne. Autobusy nawet dobrej jakości - MAN-y i mercedesy - ale na wielu liniach, za to kursujące niekiedy tylko kilka razy dziennie. Na przystankach mnóstwo naklejek z numerkami, a w rozkładach jazdy - białe plamy. Tak to wygląda:

Dobrze, że można chociaż kupić bilety u siedleckich kierowców (jednorazowy za 2,8 zł). To się skończyło od 1 stycznia w Warszawie, ale tam w środku autobusów brakuje biletomatów, a w naszych są.

Przy kupowaniu biletu powrotnego na pociąg okazało się, że paradoksalnie kosztuje on taniej w pociągu TLK (18 zł), który po drodze zatrzymuje się tylko w Mińsku Maz., niż w składzie Kolei Mazowieckich (22 zł), który hamuje na każdym przystanku i przez to trwa to pół godziny dłużej.

Podjechał pociąg TLK tym razem z Chełma do Bydgoszczy. W nim też wagony 1. klasy były zdegradowane do klasy drugiej.



Dobrą stroną podróżowania pociągiem z Siedlec do Warszawy jest z pewnością rozkład, który udało się ułożyć w idealnym takcie - odjazdy szybkich i wolnych pociągów wypadają naprzemiennie co pół godziny: 8 i 38 minut po. Łatwo zapamiętać.

(osa)

PS A ja teraz wyruszam w znacznie dłuższą drogę niż do Siedlec, dlatego trwa przerwa od blogowania.

02:34, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (6) »
niedziela, 14 stycznia 2018

Po powrocie ze stażu w Berlinie kilka lat temu urzędnicy Zarządu Transportu Miejskiego z uznaniem opowiadali o zapleczu tamtejszego przedsiębiorstwa komunikacyjnego BVG. W dłuższych przerwach między kursami na pętlach kierowcy mieli czas i miejsce na posiłek, ale też gry i rozrywki. Takie jak na zdjęciach powyżej z zajezdni Miejskich Zakładów Autobusowych przy ul. Woronicza.

Na pętlach w Warszawie nadal nie ma co o tym marzyć, ekspedycje są raczej w odwrocie. Np. po niedawnej likwidacji pętli Natolin kierowcom linii 136, 195 i 503 wyznaczono miejsca na odpoczynek po okolicznych przystankach przy ulicach, tam też stoją kibelki, a dyżurka i pętla zostały puste. Autobusy, żeby zawrócić, krążą po osiedlu, co kosztuje budżet miasta dodatkowo 100 tys. zł miesięcznie. Cała ta absurdalna operacja ma na celu opróżnienie terenu pętli Natolin z autobusów, by zrobić miejsce dogorywającemu bazarkowi "na dołku", którym kieruje dzielnicowy radny PO. Bez jego głosu byłoby trudniej uzbierać większość w radzie Ursynowa. Przykład skandalicznej korupcji politycznej, do której wykorzystano komunikację miejską.

Kierowcy z Woronicza, którzy męczą się na Natolinie, przynajmniej u siebie w bazie mają naprawdę fajne warunki. Przekonałem się o tym podczas niedawnych wizyt w zajezdni na Mokotowie. Pierwsza wiązała się z inauguracyjnym kursem elektrycznego przegubowca firmy Solaris wypożyczonego na testy MZA.

Widać, że plac manewrowy musiał przejść niedawno generalny remont, bo nawierzchnia jest gładka jak stół. Do tej pory tego typu zakłady komunikacyjne kojarzyły mi się bardziej z dziurami i wybojami - wielkim zaniedbaniem.

Zajezdnia przy ul. Woronicza jest zrobiona na wysoki połysk. To ważne, bo ma to pozytywny wpływ na atmosferę pracy. Przed wejściem do głównego biurowca jeszcze w okresie poświątecznym wita choinka: 

W dużej sali za drzwiami kierowcy, mogą sobie pograć w piłkarzyki, ping-ponga czy pooglądać telewizję. Niektórzy spędzają tu dwugodzinną przerwę między poranną zmianą a ponownym wyjazdem na miasto.

Moją uwagę przykuła fotograficzna historia mokotowskiej zajezdni przedstawiona na kolejnych półpiętrach klatki schodowej. Nie wiedziałem wcześniej, że przymiarki do budowy tej bazy trwały już przed II wojną światową, a prace miały się zacząć w 1941 r. Stało się to dopiero pod koniec lat 50., gdy obok na Służewcu rozrastała dzielnica przemysłowa.

Te dwa ostatnie zdjęcia dobrze oddają klimat końca lat 70. Z lewej nowoczesność z importu, czyli dwudrzwiowy berliet, który nie sprawdził się w naszych warunkach. Z prawej rzędy przegubowych i pojedynczych jelczy, a obok nich parówek 13N w siostrzanej zajezdni tramwajowej.

Kierownictwo zakładu pokazuje, czym należy się kierować w pracy - w sali obok piłkarzyków wielkimi wołami wyliczono "nasze wartości": 

Bliżej gabinetu szefa zajezdni mniejszym drukiem w zwięzłych zdaniach przeczytałem, o co dokładnie chodzi: 

(osa)

21:58, osa_oraz_smik , Autobusy
Link Komentarze (4) »
Archiwum

Gazeta.pl Warszawa