poniedziałek, 06 listopada 2017

Jako zapalony kolekcjoner magnesów przytwierdzanych do lodówki (na naszej w kuchni już dawno brakuje miejsca, więc wiszą jeszcze na kilku metalowych planszach) zwróciłem uwagę na ten oto zestaw pamiątkowy w jednym ze sklepów na Lotnisku Chopina. Kicz nad kiczami, a w dodatku osobliwie zgrupowany przez sprzedawcę.

Na górze Polska z Matką Boską Częstochowską (choć nie jestem pewien, czy przypomina Czarną Madonnę). Komu nie w smak akcent religijny, ma do wyboru patriotyczny z pomnikiem Małego Powstańca powiększonym przez lupę. Obok bije serce, a pod spodem (po oczach) pokaźny biust blondyny. Nie wiadomo do końca, dlaczego jej piersi zasłoniły nazwę naszego kraju. Mógłby to być temat zarówno dla walczących z seksizmem, ogólną zgnilizną moralną, a także bijących w tarabany neopatryjotów. Śmiechu warte. I smutne zarazem, bo gdybym był na miejscu uprawiających podobne do mojego zbieractwo przybyszów z zagranicy, nie kupiłbym żadnego z tych magnesów. W ogóle ładna tego typu pamiątka z naszego kraju i z Warszawy to wciąż ewenement.

 

Na Okęciu po raz pierwszy odprawiałem się w części dla tanich linii WizzAir. Ledwo już pamiętam zawijane kolejki przed wejściem do nieistniejącego terminalu Etiuda. Zaskoczył mnie więc podobny widok (co prawda w hali odlotów, a nie na zewnątrz) tym razem. Ogonek wił się aż na jej środek - akurat byli odprawiani pasażerowie rejsów do Gruzji i Izraela zaplanowanych w odstępie bodajże kwadransa. Było osiem czynnych stanowisk, na szczęście wkrótce otwarto trzy kolejne, ale i tak czekanie z biletem wydrukowanym już w domu zajęło aż 25 minut. W Modlinie przeklinanym ostatnio przez dyrektora Lotniska Chopina nie zdarzyło mi się jeszcze czekać dłużej niż kwadrans.

Poza tym wszystko (kontrola bezpieczeństwa i paszportowa) poszło bezproblemowo. Moje politowanie budzi straszenie tym, że Lotnisko Chopina "zaraz się zatka" i dlatego trzeba je zlikwidować, budując międzykontynentalny hub przesiadkowy w Baranowie 45 km od Warszawy.

Ostatnio z Okęcia startowałem wiosną, więc dopiero teraz zwróciłem uwagę na nowe oznakowanie rękawów dla pasażerów ze strefy paszportowej Non-Schengen (konieczność dodatkowej kontroli dokumentów) zgrupowanych w zachodniej części pirsu:

Do numerów rękawów dodano literę N. W tej części terminala znalazłem lokal z polską kuchnią, w którym ceny nie ścinają z nóg i można smacznie zjeść. Zdążyłem skonsumować tylko zupę ogórkową za 11 zł, bo wyświetlał się "last call" do wyjścia. Strachy na Lachy, bo jeszcze przez 40 minut siedzieliśmy w samolocie, a kapitan przepraszał opóźnienie spowodowane przez pasażera, który nie przeszedł odprawy paszportowej, ale nadał bagaż. Jako podejrzany o narzędzie ataku terrorystycznego musiał być odszukany w luku wśród blisko 200 innych walizek i plecaków.

Tłok na pokładzie samolotu był niemożebny. Bagaże podręczne, które coraz częściej są zminiaturyzowanymi walizkami, nie mieściły się na półkach nad fotelami. Część z nich stewardessy odbierały pasażerom i oddawały do schowania w luku bagażowym.

Izraelskie kobiety były wręcz obładowane siatkami z zakupami. Spytałem dwóch sąsiadów (na oko 20+) wracających do Tel Awiwu, co porabiali w Warszawie. Okazuje się, że przylecieli do Polski już po raz kolejny, żałowali, że tylko na 3 dni. Ten czas spędzili w warszawskich kasynach i na zakupach.

Pilotowi udało się nadrobić opóźnienie - lot trwał 3 godz. i 20 min. Gorzej było w drodze powrotnej, gdy samolot wylądował na lotnisku Ben Guriona (mniej więcej 20 km od centrum Tel Awiwu, bliżej działa mniejszy port) z ponadgodzinnym poślizgiem i wystartował 2 godz. i 20 minut po czasie, meldując się na Okęciu w środku ciszy nocnej o godz. 2.55, tuż przed rozkładowym rejsem WizzAira z Islandii.

W Tel Awiwie pasażerowie WizzAira podobnie jak innych tanich przewoźników (Ryanaira czy linii Easy Jet) są obsługiwani w starym terminalu nr 1. Stamtąd jakieś pięć minut jedzie się autobusem do nowego (nr 3), który imponuje rozmachem architektonicznym (paradne, długie zejście do hali z taśmociągami na bagaż) i estetyką (beżowy kamień na ścianach i posadzce). Czekając na walizkę, zauważyłem pożyteczne rozwiązanie dla osób niepełnosprawnych i starszych:

W Warszawie wielokrotnie spotykałem się z narzekaniami na nieodpowiednią wysokość ławek czy siedzisk w wiatach przystankowych. Są niedostosowane do wzrostu przeciętnego pasażera, któremu albo trudno usiąść (gdy ma za wysoko), albo wstać (gdy ma za nisko). Na lotnisku w Tel Awiwie dla osób z takimi problemami przygotowano wygodniejszą wersję foteli.

Po 25 latach od poprzedniego pobytu w Izraelu wróciłem pod wrażeniem jeszcze ważniejszych zmian, jakie dokonują się w tym kraju. Nie brakuje też obserwacji transportowych, którymi postaram się podzielić wkrótce.

(osa)

22:22, osa_oraz_smik , Lotniska
Link Komentarze (11) »
piątek, 27 października 2017

Chyba przedwcześnie pochwaliłem remont ulicy Gwiaździstej na Żoliborzu. Co prawda było to jeszcze latem i zapowiadał się wtedy doskonały efekt. Ale po pierwsze, nie przypuszczałem, że półkilometrowy odcinek można remontować od czerwca aż do października, a po drugie - że pojawią się tu meganiewygodne progi spowalniające przejazd:

Dwa takie drogowcy zamontowali w poprzek jezdni w ostatnich dniach. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Już prędkość 15 km na godz. wydaje się za duża, bo samochód wybija się mocno w górę, a przy 20 km na godz. ma się wrażenie, że można od razu skręcać do warsztatu po nowe amortyzatory. Bezpieczna prędkość wynosi więc 5-10 km na godz. przy jej ograniczeniu na tym odcinku do 40 km na godz. Czy to nie przesada?

Od dawna mam przekonanie, że polscy drogowcy nie potrafią instalować tzw. śpiących policjantów. U nas to są najczęściej wkurzające hopki. Nie spotka się takich na ulicach w zachodniej Europie.

O wiele bardziej podobają mi się skrzyżowania z podniesioną jezdnią. Takie jak np. u zbiegu Siennickiej i Paca na Grochowie:

Naprawdę wart był Pac tego pałaca. Jest bezpiecznie, bo prędkość można rozwinąć nie większą niż 30 km na godz. (czyli mamy klasyczną strefę Tempo 30), i wygodnie, po podjazd na podniesioną tarczę skrzyżowania jest wystarczająco, ale nie przesadnie łagodny. Wreszcie wygląda to estetycznie - wcześniej, co widać jeszcze na zdjęciach w Google, była tu PRL-owska betonowa trylinka.

Władze dzielnicy spisały się więc o wiele lepiej niż firma Porr, która remontuje (czyżby bez końca) Gwiaździstą na zlecenie Zarządu Dróg Miejskich. Na razie kierowcy próbują tu sobie radzić po swojemu i kiedy tylko wolny jest nowy pas przeznaczony dla parkujących, jadą nim, omijając hopkę.

Zapraszam urzędników, tym razem nie na rowerach, ale w samochodzie, by wypróbowali jego resory na Gwiaździstej. O ile nowe azyle na przejściach dla pieszych, pas z kilkudziesięcioma miejscami parkingowymi i wyesowany tor jazdy były świetnie zaplanowanymi zmianami, to progi spowalniające nie nadają się do użytkowania. Trzeba je, niestety, zdemontować i ułożyć nowe. Byle z większym pomyślunkiem - szersze, a przede wszystkim mniej garbate, z łagodniejszym najazdem.

(osa)

PS Po tygodniu korekta: Zarząd Dróg Miejskich zlecił naprawę sknoconego dzieła i trwa poszerzanie obu progów w poprzek ul. Gwiaździstej. Różnica od razu jest odczuwalna na korzyść. Teraz prędkość przejazdu wzrosła do 20-25 km na godz. Podziękowania dla urzędników za szybką reakcję!


22:39, osa_oraz_smik , Remonty
Link Komentarze (8) »
środa, 25 października 2017

Pierwszy raz w tym tygodniu pojechałem do pracy samochodem. Od wyjścia z domu do krzesła przy biurku (łącznie z dojściem na parking po drugiej stronie osiedla i wspinaczką z podziemnego garażu w redakcji) zajęło mi to blisko 50 minut. Rowerem dojeżdżam w 35-40 minut, niestety, jesienny katar i perspektywa późnego powrotu po redakcyjnym dyżurze zmusiły mnie, by wybrać inny środek lokomocji.

Najgorszy punkt tej eskapady to pokonanie korka na Wisłostradzie, który o godz. 8.30 zaczynał się na wysokości mostu Grota-Roweckiego i kończył jak zwykle na piekielnym duecie sygnalizacji przy Grodzkiej i Nowym Zjeździe niedaleko Zamku Królewskiego. Wyregulowanie tych świateł od lat jest poza zasięgiem służb miejskich. Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że Wisłostradą wjeżdża do centrum cała północna i zachodnia Warszawa z przyległościami w postaci Łomianek, Legionowa, Marek, Radzymina, ale też miast i miejscowości położonych wzdłuż autostrady A2. Ponieważ na Woli trwa budowa metra, wielu kierowców woli jechać naokoło trasą ekspresową S8 przez Bemowo i Trasą AK do Wisłostrady.

Nie mogę jednak narzekać, wszak na własne życzenie wybrałem dojazd samochodem (wczoraj jechałem autobusami, przedwczoraj wsiadłem do tramwaju z przesiadką na MDM-ie). W większości aut, które tkwiły w korku na Wisłostradzie obok mnie też był tylko kierowca. Nie mogę się jednak pogodzić z tym, że niektórzy wpychają się po chamsku jak ta pani z czarnego bmw na katowickim numerze rejestracyjnym:

To klasyczna sytuacja na odcinku Wisłostrady między mostem Gdańskim a ul. Sanguszki, gdzie jezdnia poszerza się do czterech pasów ruchu. Prawy skręca jednak w ul. Sanguszki i wielu kierowców wciska się na pas obok, żeby jechać prosto. Można jeszcze zrozumieć tych, którzy wcześniej skręcili tu z ul. Wenedów, albo kierowców miejskich autobusów jadących od przystanku pod mostem Gdańskim. Dzisiaj jednak na prawym pasie zaraz za ul. Wenedów stała zepsuta ciężarówka. Ćwoki, które ją wymijały, skręcały w prawo i przed ul. Sanguszki próbowały wrócić w lewo na pas do jazdy na wprost. Tak też zrobiła kobieta z czarnego bmw i kilka osób za nią. Nie wpuszczam takich osób, nie ma dla mnie wtedy jazdy na suwak.

Przebicie się przez korek na Wisłostradzie zajęło mi dzisiaj prawie 25 minut. W trzy następne pokonałem taki sam odcinek od mostu Śląsko-Dąbrowskiego do Torwaru. Przejazd tą ulicą w godzinach szczytu podnosi ciśnienie jak poranna kawa.

(osa)

21:37, osa_oraz_smik , Korki
Link Komentarze (12) »
piątek, 20 października 2017

Podczas niedawnego Kongresu Transportu Publicznego w Centrum Nauki Kopernik przysłuchiwałem się m.in. wystąpieniu Macieja Panka, do którego należy jedna z firm wynajmujących w Warszawie samochody na minuty. Zdziwiła mnie jego opinia o tym, że auta elektryczne są nie opłacalne dla ich operatorów ("jedno kosztuje 150 tys. zł), poza tym "ludzie mogliby mieć problemy z ich obsługą, skoro notorycznie mylą się na stacjach paliw - wlewają benzynę zamiast oleju napędowego lub odwrotnie". Podał przykłady z Los Angeles, gdzie firma po 5 latach wycofała z ulic 300 samochodów elektrycznych, a w Berlinie zniknęło 250 citroenów na prąd. Przyznał, że największy prywatny system takich aut działa w Paryżu (4 tys.), ale tam do tego interesu dopłaca budżet miasta.

Maciej Panek nie omieszkał wytknąć, że auta, które mają stałych właścicieli, przeciętnie stoją i czekają na nich aż przez 96 proc. czasu. Po prelekcji spytałem więc pana Panka, ile wypożyczeń notuje jego firma w stolicy. - Ok. 700 dziennie - odparł.

Oferuje 300 samochodów, czyli wynikałoby z tego, że każdy rusza każdego dnia średnio tylko dwa razy. - Ale spodziewamy się, że będzie to sześć razy - zapewniał mnie Maciej Panek. Doprecyzował, że przeciętny czas wypożyczenia wynosi 35 minut (czyli w ruchu auto jest niecałe 5 proc. czasu w ciągu dnia), a odległość - 10,5 km. Przy stawce 50 gr za minutę i 60 gr za kilometr za taką jednorazową przyjemność płaci się 23,5 zł.

Trudno mi powiedzieć, na ile jest to konkurencyjne w porównaniu z taksówką czy przede wszystkim psującym rynek Uberem, bo w ogóle nie korzystam z tej formy przemieszczania się po mieście. Wydaje mi się jednak, że dość wysoka mimo wszystko cena aut na minutę może tłumaczyć nikłe zainteresowanie tą usługą.

Ale nie tylko. Jeden ze znajomych, który dostał w firmie Panek promocję na miesiąc, już po kilku dniach stwierdził, że ma dość. Denerwował go brak stałego miejsca, w którym czeka auto. Raz było to blisko jego domu, innym razem - kilka ulic dalej. Drugi znajomy narzekał właśnie na to, że z kolei firma 4Mobility oferuje swoje samochody w wyznaczonych miejscach (na zdjęciu jej parking między rondem Waszyngtona a Stadionem Narodowym) i koniecznie tam trzeba te auta zwracać. Dużo więc z tym wszystkim zachodu.

Dlatego nadal pozostaję sceptyczny. Mam wrażenie, że u nas inaczej niż w starej Europie czy nawet w Stanach Zjednoczonych młodzi ludzie, jak tylko zrobią prawo jazdy, od razu marzą o tym, żeby mieć samochód na własność. Choćby jakiegoś taniego strucla za kilka tysięcy złotych. Trudno więc, by auta na minutę przyjęły się u nas tak łatwo jak rowery Veturilo. Czekając na zmiłowanie klientów, będą tylko zajmować cenne miejsca parkingowe, których w Warszawie jest tak mało.

(osa)

20:51, osa_oraz_smik , Parkowanie
Link Komentarze (6) »
piątek, 13 października 2017

Dziwi mnie niefrasobliwość, z jaką władze Warszawy i dzielnicowe na Targówku usprawiedliwiają swoje zaniedbania inwestycyjne, które powinny towarzyszyć budowie II linii metra w tej części miasta. Jakie będą tego skutki, przekonają się za dwa lata w momencie otwarcia stacji Trocka. Oczywiście, jeśli rok wcześniej na własne życzenie nie przegrają wyborów samorządowych. Mieszkańcy nie darują im, że obiecywane od lat odcinki ulic znowu powstaną z opóźnieniem.

Kilka dni temu napisałem na łamach "Gazety Stołecznej", że ratusz przekłada budowę ul. Nowotrockiej: http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,22490420,metro-bez-dobrego-dojazdu.html
Jest to bardzo potrzebne połączenie ul. św. Wincentego i Radzymińskiej, które odciążyłoby od tranzytu ul. Trocką na Targówku Mieszkaniowym. Burmistrz dzielnicy, którą rządzi PO w koalicji z lokalnym stowarzyszeniem spółdzielców, w rozmowie ze mną wyraża zdziwienie - spodziewał się, że w momencie otwarcia metra, czyli mniej więcej za dwa lata, powstanie chociaż pierwszy odcinek Nowotrockiej od św. Wincentego do przedłużonej ul. Pratulińskiej. Tędy dojeżdżaliby autobusami do stacji Trocka pasażerowie z Bródna i Zielonej Białołęki.

Informację o tym, że Nowotrocka nie będzie gotowa razem z metrem przekazał mi wiceprezydent Warszawy Michał Olszewski. Zdziwiło mnie więc, że po kilku dniach zaprzeczał swoim słowom na Facebooku, w dodatku forma tego wpisu wydaje mi się mocno nie fair. Wiem, że odnosi się do równie specyficznego tekstu na lokalnym portalu, który powołał się na mój artykuł, ale mimo wszystko takie stawianie sprawy z kilku powodów uważam za nieuczciwe:

Zastanówmy się, kto tu ssie swój palec. O konieczności budowy Nowotrockiej (i nie tylko) w związku z oddawaniem stacji II linii metra na Targówku mówi zamówiona (i opłacona) przez urząd miasta ekspertyza firmy Transeko dr. Andrzeja Brzezińskiego:

Albo więc miejscy urzędnicy zamawiają takie analizy tylko po to, żeby je odkładać po kolei na półkę, albo wyciągają z nich właściwe wnioski. Na marginesie - koszt budowy Nowotrockiej (niecałe 14 mln zł) jest znikomy w porównaniu z 16,5-miliardowym budżetem miasta, z którego i tak zazwyczaj nie uda się wykorzystywać setek milionów zaplanowanych na inwestycje.

Po drugie, wypadałoby dotrzymywać słowa danego mieszkańcom Targówka, Bródna i Białołęki. Przed rokiem byliśmy świadkami emocjonującego sporu w sprawie budowy mostu Krasińskiego. Ratusz, głównie za sprawą wiceprezydenta Olszewskiego zdecydował o odstąpieniu od jego budowy (teoretycznie jest przesunięta na połowę lat 20., ale wtedy wygasną zdobyte już decyzje i uzgodnienia i wszystko trzeba będzie zaczynać od nowa). W zamian za rzeczywiście średnio potrzebną teraz i przeskalowaną przeprawę ma być dokończona II linia metra na Bemowie (urzędnicy zaliczyli wpadkę już na samym początku, utykając na etapie nierozstrzygniętego konkursu na projekt). Z kolei prawobrzeżna część Warszawy miała dostać blisko 80 mln zł na przyspieszenie inwestycji drogowych. O wykonaniu Nowotrockiej zapewniała m.in. radna PO Iwona Wujastyk, przewodnicząca komisji inwestycyjnej w Radzie Warszawy.

W październiku zeszłego roku wiceprezydent Olszewski na konferencji w ratuszu ogłosił pierwszą partię wielkich zmian w miejskim planie inwestycji. Mówił o stu pozycjach, ale po głębszej analizie okazało się, że wśród nich były też takie jak... zakup obieraczki, kotła warzelnego i zmywarki dla gimnazjów na Ursynowie (24 tys. zł).

Tymczasem Targówek jest wyjątkowo niedoinwestowaną częścią Warszawy. Brakuje tu nie tylko Nowotrockiej, ale przede wszystkim obwodnicy śródmiejskiej od ronda Wiatraczna do ronda Żaba. Mija kolejna kadencja, w której nie uda się zacząć jej budowy, od miesięcy trwa coraz bardziej tajemnicze oczekiwanie na konsultacje dotyczące przebiegu trasy. Wiceprezydent Olszewski wstrzymuje też przedłużenie do ul. Księcia Ziemowita Trasy Świętokrzyskiej przebitej za Dworcem Wschodnim do Zabranieckiej (wkrótce otwarcie). Niewielki będzie pożytek z tej arterii bez kolejnego odcinka - zacznie się kluczenie po Targówku Fabrycznym i korki przeniosą się w nowe miejsca. Od dawna wiceprezydent nie chce też budowy Nowotrockiej - w jej śladzie proponował umieszczenie osiedlowego bazarku, który kolidował z budową metra. 

Teraz cytat z mojego tekstu na czołówce wigilijnego wydania "Stołecznej" (24 grudnia 2016 r.): "Pod choinkę dobre informacje dla kierowców i pasażerów z prawobrzeżnej Warszawy. Będzie budowa planowanej od wielu dekad ulicy Nowotrockiej w poprzek Targówka. (...) Lista zamiennych inwestycji wciąż powstaje. Przed świętami wiceprezydent Olszewski mówił o tym podczas spotkania w szkole na Bródnie: - Trwa analiza, w jakiej kolejności będą realizowane. Prawdopodobnie w marcu przyszłego roku będziemy mogli się pochwalić mieszkańcom konkretnymi kwotami".

Pod wpisem Michała Olszewskiego na Facebooku, w którym dziennikarskie zarzuty o opóźnianie budowy Nowotrockiej określił "manipulacją", przeczytałem dwa komentarze:  

 
No właśnie: kiedy? I gdzie te pieniądze, które na nią zarezerwowano w budżecie miasta? Bo według oficjalnych informacji służb prasowych ratusza jedyną pozycją z Nowotrocką w nazwie są tylko prace przygotowawcze z kwotą zaledwie 1,4 mln zł.
(osa)
wtorek, 10 października 2017

Fot. Dariusz Borowicz/AG

Oba zdjęcia powyżej poza jakością (moje, niestety, z telefonu komórkowego) dzieli równo pięć lat. Za to miejsce jest to samo: bulwar wiślany na wysokości pomnika Syreny i mostu Świętokrzyskiego. Znowu nie da się tamtędy przejść ani przejechać. W 2012 r. trwała budowa metra, która zajęła teren po samą Wisłę i podczas wezbrania rzeki wiele osób śledziło informacje, czy woda nie wleje się do wykopu pod stację Powiśle. Teraz mamy zagospodarowywanie kolejnego odcinka bulwaru wiślanego, na którym wytryśnie kaskada wodna u stóp Syrenki.

Tym razem na szczęście nie trzeba zbytnio nadrabiać drogi, bo wytyczono wąski korytarz dla pieszych i rowerzystów obok placu budowy. Dlaczego jednak w ratuszu nie pomyśleli, żeby skoordynować prace związane z II linią metra i zmianami nad Wisłą? Zwłaszcza że stacja Centrum Nauki Kopernik została przesunięta bliżej rzeki głównie po to, by obsługiwać ruch bulwarowy. Wreszcie jest on dostatecznie duży, bo otwarto fragment nabrzeża w stronę mostu Śląsko-Dąbrowskiego. Mimo to uważam, że lokalizacja stacji metra nad samą rzeką jest fatalna i należało ją zostawić u zbiegu ul. Dobrej i Zajęczej według pierwotnego planu. Tam pod ziemię wchodziłoby więcej stałych pasażerów - mieszkańców Powiśla czy studentów z wydziałów znajdujących się w tej części miasta.

W ciągu pięciu lat ten sam punkt nabrzeża Wisły po zagospodarowaniu został więc ponownie rozkopany. A po drodze przez rok mieliśmy tu jeszcze objazd tunelu Wisłostrady, który groził zawaleniem po osunięciu się mas ziemi w trakcie przekopywania stacji metra:


Fot. Agata Grzybowska/AG


Fot. Dariusz Borowicz/AG

(osa)

19:52, osa_oraz_smik , Wisła
Link Komentarze (3) »
Archiwum

Gazeta.pl Warszawa