poniedziałek, 20 listopada 2017

Na stronie internetowej urzędu Łomianek ukazał się schemat przyszłych połączeń autobusowych z Warszawą. Z zapowiedzi wynika, że od 1 stycznia 2018 r. będzie to kolejna podstołeczna gmina, w której zacznie obowiązywać pierwsza, czyli tańsza strefa biletowa. Decyzja zasługuje na pochwałę, bo może to zachęcić więcej osób do dojeżdżania komunikacją już miejską a nie jak teraz droższą podmiejską. W korkach na Pułkowej nie ma lekko.

To będzie transportowy powrót Łomianek do Warszawy. Gmina ta jako jedna z pierwszych miała własne autobusy ze stolicy. Jak podaje Trasbus.com, na początku była to linia Ł (od lutego 1957 r.), która równo 60 lat temu zmieniła numer na 201, inaugurując erę "dwusetek" na trasach pod Warszawą. Początkowo autobusy wyruszały z Dworca PKS Marymont przy ul. Żeromskiego. Zawsze docierały do szpitala dziecięcego w Dziekanowie Leśnym. Ja pamiętam je już z pętli na pl. Wilsona, gdzie od 1972 r. stały na przystanku przed kinem Wisła. W wyniku reorganizacji oznakowania linii podmiejskich w 1985 r. doszło do zamiany 201 -> 701.

Po upadku PRL Łomianki postanowiły się wybić na niepodległość i w maju 1991 r. wróciły do własnej linii Ł z pl. Wilsona. Tę decyzję oceniam niejednoznacznie. Z jednej strony Łomianki samodzielnie mogły decydować o trasach swoich autobusów i rozkładzie jazdy, który jak na linie podmiejskie zawsze był atrakcyjny (odjazdy co 9 min w szczycie), może poza wakacjami, gdy ubywała połowa kursów. Z drugiej strony przez wiele lat Komunikacja Łomiankowska utrzymywała przestarzałe jelcze z wysoką podłogą, a pasażerowie musieli kasować dwa bilety - u siebie w Łomiankach i osobno w Warszawie. To się zmieniło w 2010 r., gdy ówczesny dyrektor ZTM Leszek Ruta zaczął ekspansję taryfową i liniową także pod Warszawą - Łomianki zyskały własny cennik biletów wspólnych ze stolicą.

Wracając do numeracji. Linia 701 pojawiła się ponownie w 1991 r. już po miesiącu na nowej trasie z ówczesnej Huty Warszawa do Dąbrowy Leśnej. Jednak już rok później z powrotem zawitała na pl. Wilsona, gdzie utrzymała się aż do 2008 r. Dopiero wtedy mogła wyruszać znad oddanej właśnie końcowej stacji metra Młociny.

Wygląda na to, że od 1 stycznia 2018 r. w Łomiankach zacznie się nowa era numeracyjna i na głównej trasie Metro Młociny - Łomianki - Dziekanów Leśny zagości linia 150. To dobra decyzja ZTM (przed rokiem chwaliłem urzędników za to, że do Marek, które wtedy weszły do I strefy biletowej skierowali linię 140 w miejsce 718 i utworzyli rodzinę linii: 240, 340). Czyżby następny w kolejności Konstancin, gdzie też kroi się wprowadzenie I strefy, miał dostać numer 130, inny wolny spośród równych z cyfrą 0 na końcu?

Numer 150 był związany bardzo długo z Powiślem (a na przełomie lat 50. i 60. była to nawet trasa okrężna - jak "setka"), a potem linia 150 łączyła Mariensztat z Ochotą i Szczęśliwicami aż do rozkopania Świętokrzyskiej pod budowę II linii metra w 2011 r. Czyli przez 47 lat! Teraz jednak wydaje się, że nie ma szans na powrót w swoje historyczne rejony. Na Świętokrzyskiej zostały pojedyncze kursy.

Dobrze, że w Łomiankach oprócz linii 150 planowane jest utworzenie linii 750, czyli podmiejskiej, do obsługi gminy Czosnów, która pozostanie w II strefie biletowej. Nie rozumiem za to, dlaczego linia 701 ma być przekształcona w 250, która pokrywa się z trasą linii 110. Zwłaszcza ta druga w połowie 2018 r. ma być przedłużona od Wólki Węglowej do centrum handlowego Auchan w Łomiankach. Byłoby logiczniej utworzyć osobną rodzinę linii 110 i 210 - ten drugi numer jest akurat wolny.

(osa) 

21:03, osa_oraz_smik , Autobusy
Link Komentarze (9) »
wtorek, 14 listopada 2017

Ucieszyła mnie dzisiejsza informacja o wpisaniu do ewidencji zabytków aż 61 brukowanych ulic w Warszawie. Niewątpliwie tworzą one specyficzny klimat także dzisiaj, przywołując wspomnienia o tym, jak wyglądało kiedyś miasto. Zdarza się, że nie zważając na to, urzędnicy chcą usuwać tzw. kocie łby, by w ich miejsce kłaść asfalt. Taka sytuacja miała miejsce całkiem niedawno na brukowanej ul. Lusińskiej na Targówku. Pretekstem do jej wyasfaltowania były rzekome problemy z objazdami budowy II linii metra. W tym przypadku mieszkańcy sami wybili pomysł z betonowych głów dzielnicowych urzędników.

Inny problem związany z brukowaną ulicą mają mieszkańcy Wyczółek. Latem zaplątałem się na tyły Toru Wyścigów Konnych na Służewcu, gdzie zastałem dość nietypową tablicę błagalno-informacyjną:

Stan nawierzchni, choć po remoncie, i tak nie pozwala rozwinąć na tym odcinku Wyczółek prędkości większej niż 20-25 km na godz. Ulica ma swój urok, ale jak widać, wiążą się z tym jednak pewne doznania akustyczne.

Na pewno jednak objęcie brukowanych ulic w Warszawie ochroną konserwatorską możemy świętować hucznie!

(osa)

21:21, osa_oraz_smik , Remonty
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 06 listopada 2017

Jako zapalony kolekcjoner magnesów przytwierdzanych do lodówki (na naszej w kuchni już dawno brakuje miejsca, więc wiszą jeszcze na kilku metalowych planszach) zwróciłem uwagę na ten oto zestaw pamiątkowy w jednym ze sklepów na Lotnisku Chopina. Kicz nad kiczami, a w dodatku osobliwie zgrupowany przez sprzedawcę.

Na górze Polska z Matką Boską Częstochowską (choć nie jestem pewien, czy przypomina Czarną Madonnę). Komu nie w smak akcent religijny, ma do wyboru patriotyczny z pomnikiem Małego Powstańca powiększonym przez lupę. Obok bije serce, a pod spodem (po oczach) pokaźny biust blondyny. Nie wiadomo do końca, dlaczego jej piersi zasłoniły nazwę naszego kraju. Mógłby to być temat zarówno dla walczących z seksizmem, ogólną zgnilizną moralną, a także bijących w tarabany neopatryjotów. Śmiechu warte. I smutne zarazem, bo gdybym był na miejscu uprawiających podobne do mojego zbieractwo przybyszów z zagranicy, nie kupiłbym żadnego z tych magnesów. W ogóle ładna tego typu pamiątka z naszego kraju i z Warszawy to wciąż ewenement.

 

Na Okęciu po raz pierwszy odprawiałem się w części dla tanich linii WizzAir. Ledwo już pamiętam zawijane kolejki przed wejściem do nieistniejącego terminalu Etiuda. Zaskoczył mnie więc podobny widok (co prawda w hali odlotów, a nie na zewnątrz) tym razem. Ogonek wił się aż na jej środek - akurat byli odprawiani pasażerowie rejsów do Gruzji i Izraela zaplanowanych w odstępie bodajże kwadransa. Było osiem czynnych stanowisk, na szczęście wkrótce otwarto trzy kolejne, ale i tak czekanie z biletem wydrukowanym już w domu zajęło aż 25 minut. W Modlinie przeklinanym ostatnio przez dyrektora Lotniska Chopina nie zdarzyło mi się jeszcze czekać dłużej niż kwadrans.

Poza tym wszystko (kontrola bezpieczeństwa i paszportowa) poszło bezproblemowo. Moje politowanie budzi straszenie tym, że Lotnisko Chopina "zaraz się zatka" i dlatego trzeba je zlikwidować, budując międzykontynentalny hub przesiadkowy w Baranowie 45 km od Warszawy.

Ostatnio z Okęcia startowałem wiosną, więc dopiero teraz zwróciłem uwagę na nowe oznakowanie rękawów dla pasażerów ze strefy paszportowej Non-Schengen (konieczność dodatkowej kontroli dokumentów) zgrupowanych w zachodniej części pirsu:

Do numerów rękawów dodano literę N. W tej części terminala znalazłem lokal z polską kuchnią, w którym ceny nie ścinają z nóg i można smacznie zjeść. Zdążyłem skonsumować tylko zupę ogórkową za 11 zł, bo wyświetlał się "last call" do wyjścia. Strachy na Lachy, bo jeszcze przez 40 minut siedzieliśmy w samolocie, a kapitan przepraszał opóźnienie spowodowane przez pasażera, który nie przeszedł odprawy paszportowej, ale nadał bagaż. Jako podejrzany o narzędzie ataku terrorystycznego musiał być odszukany w luku wśród blisko 200 innych walizek i plecaków.

Tłok na pokładzie samolotu był niemożebny. Bagaże podręczne, które coraz częściej są zminiaturyzowanymi walizkami, nie mieściły się na półkach nad fotelami. Część z nich stewardessy odbierały pasażerom i oddawały do schowania w luku bagażowym.

Izraelskie kobiety były wręcz obładowane siatkami z zakupami. Spytałem dwóch sąsiadów (na oko 20+) wracających do Tel Awiwu, co porabiali w Warszawie. Okazuje się, że przylecieli do Polski już po raz kolejny, żałowali, że tylko na 3 dni. Ten czas spędzili w warszawskich kasynach i na zakupach.

Pilotowi udało się nadrobić opóźnienie - lot trwał 3 godz. i 20 min. Gorzej było w drodze powrotnej, gdy samolot wylądował na lotnisku Ben Guriona (mniej więcej 20 km od centrum Tel Awiwu, bliżej działa mniejszy port) z ponadgodzinnym poślizgiem i wystartował 2 godz. i 20 minut po czasie, meldując się na Okęciu w środku ciszy nocnej o godz. 2.55, tuż przed rozkładowym rejsem WizzAira z Islandii.

W Tel Awiwie pasażerowie WizzAira podobnie jak innych tanich przewoźników (Ryanaira czy linii Easy Jet) są obsługiwani w starym terminalu nr 1. Stamtąd jakieś pięć minut jedzie się autobusem do nowego (nr 3), który imponuje rozmachem architektonicznym (paradne, długie zejście do hali z taśmociągami na bagaż) i estetyką (beżowy kamień na ścianach i posadzce). Czekając na walizkę, zauważyłem pożyteczne rozwiązanie dla osób niepełnosprawnych i starszych:

W Warszawie wielokrotnie spotykałem się z narzekaniami na nieodpowiednią wysokość ławek czy siedzisk w wiatach przystankowych. Są niedostosowane do wzrostu przeciętnego pasażera, któremu albo trudno usiąść (gdy ma za wysoko), albo wstać (gdy ma za nisko). Na lotnisku w Tel Awiwie dla osób z takimi problemami przygotowano wygodniejszą wersję foteli.

Po 25 latach od poprzedniego pobytu w Izraelu wróciłem pod wrażeniem jeszcze ważniejszych zmian, jakie dokonują się w tym kraju. Nie brakuje też obserwacji transportowych, którymi postaram się podzielić wkrótce.

(osa)

22:22, osa_oraz_smik , Lotniska
Link Komentarze (11) »
piątek, 27 października 2017

Chyba przedwcześnie pochwaliłem remont ulicy Gwiaździstej na Żoliborzu. Co prawda było to jeszcze latem i zapowiadał się wtedy doskonały efekt. Ale po pierwsze, nie przypuszczałem, że półkilometrowy odcinek można remontować od czerwca aż do października, a po drugie - że pojawią się tu meganiewygodne progi spowalniające przejazd:

Dwa takie drogowcy zamontowali w poprzek jezdni w ostatnich dniach. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Już prędkość 15 km na godz. wydaje się za duża, bo samochód wybija się mocno w górę, a przy 20 km na godz. ma się wrażenie, że można od razu skręcać do warsztatu po nowe amortyzatory. Bezpieczna prędkość wynosi więc 5-10 km na godz. przy jej ograniczeniu na tym odcinku do 40 km na godz. Czy to nie przesada?

Od dawna mam przekonanie, że polscy drogowcy nie potrafią instalować tzw. śpiących policjantów. U nas to są najczęściej wkurzające hopki. Nie spotka się takich na ulicach w zachodniej Europie.

O wiele bardziej podobają mi się skrzyżowania z podniesioną jezdnią. Takie jak np. u zbiegu Siennickiej i Paca na Grochowie:

Naprawdę wart był Pac tego pałaca. Jest bezpiecznie, bo prędkość można rozwinąć nie większą niż 30 km na godz. (czyli mamy klasyczną strefę Tempo 30), i wygodnie, po podjazd na podniesioną tarczę skrzyżowania jest wystarczająco, ale nie przesadnie łagodny. Wreszcie wygląda to estetycznie - wcześniej, co widać jeszcze na zdjęciach w Google, była tu PRL-owska betonowa trylinka.

Władze dzielnicy spisały się więc o wiele lepiej niż firma Porr, która remontuje (czyżby bez końca) Gwiaździstą na zlecenie Zarządu Dróg Miejskich. Na razie kierowcy próbują tu sobie radzić po swojemu i kiedy tylko wolny jest nowy pas przeznaczony dla parkujących, jadą nim, omijając hopkę.

Zapraszam urzędników, tym razem nie na rowerach, ale w samochodzie, by wypróbowali jego resory na Gwiaździstej. O ile nowe azyle na przejściach dla pieszych, pas z kilkudziesięcioma miejscami parkingowymi i wyesowany tor jazdy były świetnie zaplanowanymi zmianami, to progi spowalniające nie nadają się do użytkowania. Trzeba je, niestety, zdemontować i ułożyć nowe. Byle z większym pomyślunkiem - szersze, a przede wszystkim mniej garbate, z łagodniejszym najazdem.

(osa)

PS Po tygodniu korekta: Zarząd Dróg Miejskich zlecił naprawę sknoconego dzieła i trwa poszerzanie obu progów w poprzek ul. Gwiaździstej. Różnica od razu jest odczuwalna na korzyść. Teraz prędkość przejazdu wzrosła do 20-25 km na godz. Podziękowania dla urzędników za szybką reakcję!


22:39, osa_oraz_smik , Remonty
Link Komentarze (8) »
środa, 25 października 2017

Pierwszy raz w tym tygodniu pojechałem do pracy samochodem. Od wyjścia z domu do krzesła przy biurku (łącznie z dojściem na parking po drugiej stronie osiedla i wspinaczką z podziemnego garażu w redakcji) zajęło mi to blisko 50 minut. Rowerem dojeżdżam w 35-40 minut, niestety, jesienny katar i perspektywa późnego powrotu po redakcyjnym dyżurze zmusiły mnie, by wybrać inny środek lokomocji.

Najgorszy punkt tej eskapady to pokonanie korka na Wisłostradzie, który o godz. 8.30 zaczynał się na wysokości mostu Grota-Roweckiego i kończył jak zwykle na piekielnym duecie sygnalizacji przy Grodzkiej i Nowym Zjeździe niedaleko Zamku Królewskiego. Wyregulowanie tych świateł od lat jest poza zasięgiem służb miejskich. Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że Wisłostradą wjeżdża do centrum cała północna i zachodnia Warszawa z przyległościami w postaci Łomianek, Legionowa, Marek, Radzymina, ale też miast i miejscowości położonych wzdłuż autostrady A2. Ponieważ na Woli trwa budowa metra, wielu kierowców woli jechać naokoło trasą ekspresową S8 przez Bemowo i Trasą AK do Wisłostrady.

Nie mogę jednak narzekać, wszak na własne życzenie wybrałem dojazd samochodem (wczoraj jechałem autobusami, przedwczoraj wsiadłem do tramwaju z przesiadką na MDM-ie). W większości aut, które tkwiły w korku na Wisłostradzie obok mnie też był tylko kierowca. Nie mogę się jednak pogodzić z tym, że niektórzy wpychają się po chamsku jak ta pani z czarnego bmw na katowickim numerze rejestracyjnym:

To klasyczna sytuacja na odcinku Wisłostrady między mostem Gdańskim a ul. Sanguszki, gdzie jezdnia poszerza się do czterech pasów ruchu. Prawy skręca jednak w ul. Sanguszki i wielu kierowców wciska się na pas obok, żeby jechać prosto. Można jeszcze zrozumieć tych, którzy wcześniej skręcili tu z ul. Wenedów, albo kierowców miejskich autobusów jadących od przystanku pod mostem Gdańskim. Dzisiaj jednak na prawym pasie zaraz za ul. Wenedów stała zepsuta ciężarówka. Ćwoki, które ją wymijały, skręcały w prawo i przed ul. Sanguszki próbowały wrócić w lewo na pas do jazdy na wprost. Tak też zrobiła kobieta z czarnego bmw i kilka osób za nią. Nie wpuszczam takich osób, nie ma dla mnie wtedy jazdy na suwak.

Przebicie się przez korek na Wisłostradzie zajęło mi dzisiaj prawie 25 minut. W trzy następne pokonałem taki sam odcinek od mostu Śląsko-Dąbrowskiego do Torwaru. Przejazd tą ulicą w godzinach szczytu podnosi ciśnienie jak poranna kawa.

(osa)

21:37, osa_oraz_smik , Korki
Link Komentarze (12) »
piątek, 20 października 2017

Podczas niedawnego Kongresu Transportu Publicznego w Centrum Nauki Kopernik przysłuchiwałem się m.in. wystąpieniu Macieja Panka, do którego należy jedna z firm wynajmujących w Warszawie samochody na minuty. Zdziwiła mnie jego opinia o tym, że auta elektryczne są nie opłacalne dla ich operatorów ("jedno kosztuje 150 tys. zł), poza tym "ludzie mogliby mieć problemy z ich obsługą, skoro notorycznie mylą się na stacjach paliw - wlewają benzynę zamiast oleju napędowego lub odwrotnie". Podał przykłady z Los Angeles, gdzie firma po 5 latach wycofała z ulic 300 samochodów elektrycznych, a w Berlinie zniknęło 250 citroenów na prąd. Przyznał, że największy prywatny system takich aut działa w Paryżu (4 tys.), ale tam do tego interesu dopłaca budżet miasta.

Maciej Panek nie omieszkał wytknąć, że auta, które mają stałych właścicieli, przeciętnie stoją i czekają na nich aż przez 96 proc. czasu. Po prelekcji spytałem więc pana Panka, ile wypożyczeń notuje jego firma w stolicy. - Ok. 700 dziennie - odparł.

Oferuje 300 samochodów, czyli wynikałoby z tego, że każdy rusza każdego dnia średnio tylko dwa razy. - Ale spodziewamy się, że będzie to sześć razy - zapewniał mnie Maciej Panek. Doprecyzował, że przeciętny czas wypożyczenia wynosi 35 minut (czyli w ruchu auto jest niecałe 5 proc. czasu w ciągu dnia), a odległość - 10,5 km. Przy stawce 50 gr za minutę i 60 gr za kilometr za taką jednorazową przyjemność płaci się 23,5 zł.

Trudno mi powiedzieć, na ile jest to konkurencyjne w porównaniu z taksówką czy przede wszystkim psującym rynek Uberem, bo w ogóle nie korzystam z tej formy przemieszczania się po mieście. Wydaje mi się jednak, że dość wysoka mimo wszystko cena aut na minutę może tłumaczyć nikłe zainteresowanie tą usługą.

Ale nie tylko. Jeden ze znajomych, który dostał w firmie Panek promocję na miesiąc, już po kilku dniach stwierdził, że ma dość. Denerwował go brak stałego miejsca, w którym czeka auto. Raz było to blisko jego domu, innym razem - kilka ulic dalej. Drugi znajomy narzekał właśnie na to, że z kolei firma 4Mobility oferuje swoje samochody w wyznaczonych miejscach (na zdjęciu jej parking między rondem Waszyngtona a Stadionem Narodowym) i koniecznie tam trzeba te auta zwracać. Dużo więc z tym wszystkim zachodu.

Dlatego nadal pozostaję sceptyczny. Mam wrażenie, że u nas inaczej niż w starej Europie czy nawet w Stanach Zjednoczonych młodzi ludzie, jak tylko zrobią prawo jazdy, od razu marzą o tym, żeby mieć samochód na własność. Choćby jakiegoś taniego strucla za kilka tysięcy złotych. Trudno więc, by auta na minutę przyjęły się u nas tak łatwo jak rowery Veturilo. Czekając na zmiłowanie klientów, będą tylko zajmować cenne miejsca parkingowe, których w Warszawie jest tak mało.

(osa)

20:51, osa_oraz_smik , Parkowanie
Link Komentarze (6) »
Archiwum

Gazeta.pl Warszawa