Z kraju

poniedziałek, 04 czerwca 2018

Po dorocznym żeglowaniu na Mazurach znów przekonałem się, że jeszcze długo przyjdzie czekać warszawiakom na sprawne podróżowanie między stolicą a Krainą Tysiąca Jezior. Przed rokiem w drodze powrotnej przez 5 godzin przebijaliśmy się w korkach - największe tworzyły się przed Pułtuskiem (obwodnica ma tu powstać dopiero w 2025 r.) i dalej za Zegrzem przez Legionowo.

Tym razem, wyruszając z Rucianego-Nidy wybraliśmy okrężną trasę przez Pisz, Łomżę, Ostrów Mazowiecką i Wyszków. Taką pokazała wyszukiwarka Google jako najszybszą. Czy warto jednak wierzyć w takie wskazania? Mam duże wątpliwości. Ostatecznie zamiast 3 godzin powrót trwał 4,5 godz.

Na mapce powyżej trasy Ruciane-Nida - Warszawa proponowane dzisiaj, czyli już po długim weekendzie. Na niebiesko wariant najkrótszy (niespełna 3 godz.) przez Ostrołękę i Wyszków. Na czerwono nasza trasa powrotna z dodatkowymi łamańcami wynikającymi z aktualizacji wyszukiwarki, która w miarę przemieszczania się do celu, wskazuje warianty krótsze "o 12 minut" albo nawet "o 45 minut".

I tak ze znanej mi dobrze drogi krajowej Pisz - Kolno zjechaliśmy za tym drugim miastem w drogę wojewódzką w kierunku Nowogrodu (miasto u ujścia Pisy do Narwi), która miejscami przypominała wiejski dukt wąski, usiany dziurami i pełen wybojów. Trzeba było mocno zwolnić, a jazda stała się mało komfortowa. Wyszukiwarka uznała jednak, że lepiej tędy do Śniadowa niż przez Łomżę.

Na przebudowywanym odcinku "ósemki" między Ostrowią Maz. a Wyszkowem, który według pierwotnego terminu właśnie miał być oddany jako droga ekspresowa S8 (prace przedłużą się do jesieni), wyszukiwarka najpierw pokazała, że spory fragment jest "zamknięty". Okazało się, że przejazd istnieje, tyle że boczną jezdnią serwisową. Oddano już jedną główną, pocieszające jest to, że mimo betonowej nawierzchni jedzie się bez podskakiwania i w miarę cicho (inaczej niż na "gierkówce" z betonu przed Piotrkowem Trybunalskim).

Jednak w okolicy powstającego węzła Poręba (skręt na Brok) wyszukiwarka zaczęła wariować. Uznała, że pokonanie korka na "ósemce" do Wyszkowa zajmie aż 45 min. Lepiej - doradziła - odbić na Brańszczyk, za którym wraca się na ekspresową obwodnicę Wyszkowa. Ruszyliśmy więc przez bory i lasy, a razem z nami inni kierowcy. W kolejnych mijanych wsiach ludzie przy płotach z niedowierzaniem wpatrywali się w ciągnący przed ich domami sznur samochodów. Aż w końcu powstał korek na objeździe i inna wyszukiwarka zaczęła proponować objazd objazdu polegający przede wszystkim na tym, żeby zawrócić.

Absurdalna sytuacja. Na przyszłość postanowiłem jednak mniej kierować się wskazówkami takich wyszukiwarek. Mam nadzieję, że doczekam lepszego dojazdu na Mazury ekspresową S8 do Ostrowi Maz., a stąd ekspresową S61, czyli Via Baltica, która w 2020 r. ma być doprowadzona do Łomży, a rok-dwa lata później w okolice Szczuczyna i Ełku. Trochę naokoło, ale pewnie i tak wygodniej i szybciej niż po dziurach z wyszukiwarek.

Na koniec kilka wrażeń z wjazdu do Warszawy obwodnicą Marek. Otóż w niedzielny wieczór po długim weekendzie mimo trzech pasów ruchu nie udało się uniknąć dwóch korków. Jeden z powodu stłuczki za nieczynnym węzłem Wołomin, a drugi przed jedynym czynnym na tej 15-kilometrowej trasie węzłem Zielonka. Wielu kierowców próbuje tu skręcać do południowych dzielnic Warszawy z wjazdem przez ul. Żołnierską i Marsa do Trasy Siekierkowskiej. Droga to mocno rozkopana, ale takoż doradzają internetowe wyszukiwarki.

(osa)

15:59, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 05 marca 2018


alodztramstrdo

Z coraz większym niepokojem śledzę wiadomości, które napływają z Łodzi na temat podmiejskich linii tramwajowych. To jedyna taka sieć w Polsce z trasami, które łączą główne miasto w aglomeracji z jego satelitami. Wielki skarb i tak potraktowałyby go normalnie działające samorządy miast i regionu - zrobiłyby wszystko, żeby znaleźć pieniądze na remonty i utrzymanie torów, chociażby z funduszy Unii Europejskiej, która chętnie wspiera takie wspólne projekty. Aż dziwne, że nie udaje się to w Łodzi. Pamiętam, jak wjeżdżałem kiedyś do tego miasta samochodem bodajże od strony ze Zgierza i nagle zaskoczył mnie widok tramwaju kołyszącego się z boku drogi wśród łanów zbóż.

Warszawa i okolice mogą takiego tramwajowego skarbu tylko pozazdrościć. Trasy tramwajowe, które wypuszczały się poza granice stolicy mieliśmy tylko przed wojną - na Okęcie (linia A), do Boernerowa (linia B) i Wilanowa (linia W). W dodatku tramwaje docierały tam także w godzinach nocnych. Po wchłonięciu tych terenów przez Warszawę po wojnie nie mamy tramwajowych linii podmiejskich, choć od czasu do czasu - głównie w latach wyborów samorządowych - powracają pomysły wytyczenia takiego połączenia do Ząbek, Raszyna, a nawet w stronę Sochaczewa przez Żelazową Wolę.

Łódź trasy swoich tramwajów podmiejskich coraz częściej zawiesza, skraca, a przejazd spowalnia tak, że staje się mało atrakcyjny dla pasażerów.

Przed rokiem wiosną miałem okazję wypróbować podmiejską linię 43 podczas wizyty studyjnej, którą nasz Zarząd Dróg Miejskich zorganizował, by zbierać doświadczenia podczas projektowania woonerfów/podwórców (Łódź wprowadza je z powodzeniem od dłuższego czasu, w stolicy to ciągle nieznane rozwiązanie).

alodztramdo2

Ruszyliśmy importowanym z demobilu wagonem tramwajowym, który kolebał się na torach niemiłosiernie wolno. Na przystankach otwierały się niespotykane już w Warszawie harmonijkowe drzwi:

alodztramstrprzycisk

Mimo że był to popołudniowy szczyt, w środku tylko garstka pasażerów powiększona o uczestników naszej wycieczki - warszawskich urzędników i dziennikarzy:

alodztramdosrod

Tramwaj i tak jednak wyprzedzał stojące w korku samochody - na ulicy było zwężenie z powodu robót drogowych. Osobliwe ślady po pracach naprawczych (spójrzcie na mocowanie słupa trakcyjnego poniżej) zostały też na przystanku koło nieużywanej już zajezdni na co dzień tramwajowej Brus:

alodzzajbrus1

Zajezdnia Brus (pyszna ta nazwa!) działała od 1910 r., gdy uruchomiono linię tramwajową do Konstantynowa Łódzkiego, do 2012 r., gdy zakończyła działalność spółka Tramwaje Podmiejskie.

alodzzajbrus2alodztramlogopodm

Teraz terenem nieczynnej zajezdni opiekuje się grupa pasjonatów. Byli tak mili, że wpuścili całą delegację z Warszawy, oprowadzili po eksponatach, a na koniec odwieźli starym ikarusem na wieczorny pociąg z odpicowanego i powiększonego ogromnym kosztem ponad granice zdrowego rozsądku Dworca Fabrycznego (takie są skutki megalomanii lokalnych polityków, w tym przypadku akurat z Platformy Obywatelskiej).

Zajezdnia Brus na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zaniedbanej i zapomnianej, ale i tak liczy się, że jest - Warszawa swój tabor historyczny upycha po kątach i krzakach, nie ma jednego miejsca, w którym mógłby zostać należycie wyeksponowany. W łódzkim muzeum starej komunikacji zachwyciły mnie nawet tablice ze starymi zdjęciami i krótkimi opisami najważniejszych faktów z jej historii (ech te łódzkie "krańcówki"):

alodzzajbrustablic1

alodzzajbrustablic2

alodzzajbrustablic4

alodzzajbrustablic3

alodzzajbrustablic5

W zajezdni Brus zachował się układ torów pozwalający na organizowanie okazjonalnych przejażdżek historycznym taborem po Łodzi. Miejscowi miłośnicy komunikacji wyprowadzili z hali ten oto przegubowy wagon:alodztramstr8alodztramstrsrodekalodztramstrkabinaalodzzajbrustoryalodztramstr7

Pod dachem mieszczą się prawdziwe tramwajowe perełki - niektóre jeszcze z napisami cyrylicą z okresu zaboru rosyjskiego, choć część jest nadgryziona zębem czasu i rdzy: 

alodztramstr4 alodztramstr3alodztramstr3napisalodztramstr2alodztramspych2alodztramkolaalodztramstr6alodztramstrnauka1

alodztramstrnauka2

Na dwóch ostatnich zdjęciach nietypowy wagon do nauki jazdy z tylnym pulpitem dla instruktora.

Zbiory są tak bogate, ze nie cały zabytkowy tabor mieści się pod dachem:

alodztramspychtyl

alodztramstrspych

alodzzajbrustory2alodztramst1alodzzajbrusbus1

W osobnej części zajezdni tramwajowej Brus udało się wygospodarować kącik autobusowy. Wielki szacun dla miłośników komunikacji, którzy dbają o ten cały dobytek i apel do łódzkich polityków, by bardziej przejęli się dziedzictwem historycznym swojego miasta, a także ledwo zipiącymi już liniami podmiejskich tramwajów. 

alodztramherb

(osa)

20:49, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (8) »
piątek, 19 stycznia 2018

Fot. Kuba Atys/AG

W czasie, gdy marszałek Mazowsza Adam Struzik (w środku) przybijał piątkę z szefami szwajcarskiej firmy Stalder w Polsce nad jej najnowszym pociągiem Flirt dla Kolei Mazowieckich, ja byłem w drodze do Siedlec. Jednak nie do montowni wagonów Stadlera, która w myśl podpisanej właśnie ramowej umowy, wyprodukuje 71 pociągów dla mazowieckiego przewoźnika i zatrudni kolejne 200-300 osób. Okoliczności były smutne - pogrzeb Włodka Pawłowskiego, wieloletniego korespondenta i redaktora "Gazety Stołecznej", pogromcy marszałka Struzika. Dziś już nikt nie śledzi, jak często pan na Mazowszu wymienia swoje limuzyny, krążąc codziennie między Płockiem a Warszawą. Włodek zmarł 11 stycznia 2018 r. w wieku 63 lat.

W jego mieście byłem wcześniej bodaj raz w życiu i to tylko przejazdem. Teraz wybrałem się pociągiem i był to zaskakująco dobry wybór. Podróż zajęła tylko godzinę. W tym czasie z pewnością nie pokonałbym 90 km z Warszawy do Siedlec samochodem, zwłaszcza że na dworze szalała śnieżyca. Jednak realia kolejowe wciąż trącą PRL-em.

Pociąg o godz. 9.50 z Dworca Centralnego składał się tylko z trzech wagonów. Nie wiem, dlaczego, ale skojarzyło mi z 15.10 do Yumy (w Siedlcach też jest więzienie jak w tamtym westernie i to blisko dworca). Jechaliśmy trzyosobową ekipą, każdy miał miejsce w innym wagonie. Liczyliśmy, że najwyżej spotkamy się w Warsie, ale takiego nie przewidziano. Za to w wagony 1. klasy zostały przerobione na drugoklasowe.


Pociąg jechał aż do Rzeszowa, dziwnie okrężną trasą przez Siedlce, Łuków do Lublina, a potem przez Tarnobrzeg. Może dlatego nie było tłoku. Wiem, że z powodu remontu zamknięto bezpośrednią linię Warszawa - Lublin, ale czas w końcu przywrócić regularne połączenia z Rzeszowem przez Sandomierz. Pamiętam, że pociągi kursowały tą trasą w czasach PRL. Potem nastała moda jazdy naokoło. Np. do Wrocławia z Warszawy szybciej było przez Poznań niż prostą drogą przez Łódź i Ostrów Wlkp. - tak, jak kiedyś pruła w nieco ponad 4 godziny ekspresowa "Odra".

W naszym pociągu do Siedlec wybraliśmy wagon środkowy. W jednym z przedziałów zastaliśmy zakapturzoną pasażerkę, która obwieściła, że obsługa ostrzega przed ziąbem. Ogrzewanie włączy się ewentualnie, gdy pociąg ruszy. Tak się jednak nie stało i konduktorka poprosiła, żeby się przenieść do trzeciego wagonu, który też był przerobiony z 1. na 2. klasę. Ale przynajmniej ciepły.

W Siedlcach zastałem potworne rozdrobnienie komunikacyjne. Autobusy nawet dobrej jakości - MAN-y i mercedesy - ale na wielu liniach, za to kursujące niekiedy tylko kilka razy dziennie. Na przystankach mnóstwo naklejek z numerkami, a w rozkładach jazdy - białe plamy. Tak to wygląda:

Dobrze, że można chociaż kupić bilety u siedleckich kierowców (jednorazowy za 2,8 zł). To się skończyło od 1 stycznia w Warszawie, ale tam w środku autobusów brakuje biletomatów, a w naszych są.

Przy kupowaniu biletu powrotnego na pociąg okazało się, że paradoksalnie kosztuje on taniej w pociągu TLK (18 zł), który po drodze zatrzymuje się tylko w Mińsku Maz., niż w składzie Kolei Mazowieckich (22 zł), który hamuje na każdym przystanku i przez to trwa to pół godziny dłużej.

Podjechał pociąg TLK tym razem z Chełma do Bydgoszczy. W nim też wagony 1. klasy były zdegradowane do klasy drugiej.



Dobrą stroną podróżowania pociągiem z Siedlec do Warszawy jest z pewnością rozkład, który udało się ułożyć w idealnym takcie - odjazdy szybkich i wolnych pociągów wypadają naprzemiennie co pół godziny: 8 i 38 minut po. Łatwo zapamiętać.

(osa)

PS A ja teraz wyruszam w znacznie dłuższą drogę niż do Siedlec, dlatego trwa przerwa od blogowania.

02:34, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 08 stycznia 2018

Z dwuletnim poślizgiem po otwarciu trasy do Fordonu, a było to w połowie stycznia 2016 r., dotarłem na tramwajowy zwiad po Bydgoszczy. Zastałem tam klimatyczne odcinki w bezludnych rejonach miasta, doskonale przebudowane trasy w centrum i fragmenty, które jeszcze czekają na lepsze czasy. Bydgoszcz z ok. 350 tys. mieszkańców (ósme co do wielkości miasto w Polsce) zmienia się w wielu miejscach i warto to mieć na oku.

Przyjechałem porannym pociągiem InterCity z Warszawy na opustoszałą stację Bydgoszcz Wschód, która okazała się bardzo wygodnym węzłem przesiadkowym do nowej linii tramwajowej Fordon - centrum:

Wystarczy wejść na wiadukt tramwajowy z przystankami, które znajdują się bezpośrednio nad peronami PKP. Niestety, przyjeżdżający po raz pierwszy do Bydgoszczy przeżywa tu moment niepewności. Nie ma bowiem biletomatów ani żadnej informacji, jak można opłacić przejazd komunikacją miejską. Trzeba więc zgadywać, czy kupi się bilet u motorniczego, czy w automacie, który działa w tramwaju. Na moje szczęście nadjechał wyposażony w takie urządzenie nowy wagon dostarczony przez bydgoską Pesę. Kupiłem i skasowałem bilet dobowy za 12 zł.


W starszych tramwajach, które nadal dominują w Bydgoszczy, nie ma biletomatów. Działają w nich takie oto archaiczne kasowniki:

Po tym małym zgrzycie można ruszać najnowszą w Bydgoszczy trasą tramwajową do Fordonu, która była głównym powodem mojego przyjazdu. Imponująca inwestycja planowana jeszcze przez PRL-owskie władze w latach 70., a zrealizowana z rozmachem dopiero z pomocą Unii Europejskiej po podpisaniu umowy z wykonawcą pod koniec 2013 r. To trasa o długości aż 9,5 km, czyli tak, jakby ułożyć tory tramwajowe np. od pętli Wyścigi w Warszawie wzdłuż ul. Puławskiej przez całe Piaseczno do stacji PKP w tym mieście.

Nowa linia w Bydgoszczy, dzięki której sieć tramwajowa w mieście wydłużyła się o przeszło 1/3, zaczyna się za dawną pętlą przy ul. Wyścigowej. O szczegółach informują tablice ustawione na drugim końcu odcinka, który nazwano Łoskoń:

 

Początkowo tramwaj jedzie bez postojów z dość dużą prędkością. Zdałem sobie sprawę, że Fordon to tak naprawdę osobne miasto oddzielone od Bydgoszczy połaciami lasów, w których - o ile dobrze zauważyłem - dominują sosny. W Warszawie w sieci tramwajowej nie ma aż tak długich odcinków bez przystanków. Pierwszy na linii do Fordonu wypada dopiero po 4 minutach jazdy:

 

Co ciekawe na trasie do Fordonu wciąż działa przystanek z nazwą ulicy upamiętniającą gen. Sylwestra Kaliskiego (blisko Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego), PRL-owskiego ministra nauki i szkolnictwa wyższego, wybitnego naukowca i rektora Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie, którego ulicę na Boernerowie niedawno zdekomunizował wojewoda mazowiecki Zdzisław Sipiera (PiS). Jego kolega z Kujaw i Pomorza najwidoczniej był mniej wyrywny.

Podczas długiej jazdy do Fordonu moją uwagę w nowym wagonie Pesy zwróciły wyświetlane na monitorach biografie i zdjęcia patronów tramwajów, których większość wybrali w plebiscycie bydgoszczanie. To głównie osoby zasłużone dla miasta i związane z regionem - architekci, lekarze, samorządowcy. Ja trafiłem na opis m.in. urodzonej w tych stronach Poli Negri:


Im dalej od dworca Bydgoszcz Wschód, tym postoje na linii do Fordonu są częstsze. Zresztą nie tylko na gęściej rozmieszczonych przystankach. W drodze powrotnej do centrum tramwaje stają też, niestety, niepotrzebnie na czerwonych światłach z powodu źle wyregulowanej sygnalizacji - tory przecinają jezdnie w wielu miejscach:


Na tym odcinku tramwaje, choć nie były to godziny szczytu, wiozły sporo pasażerów - zajmowali niemal wszystkie miejsca siedzące.

Po drodze mija się nieużywaną, ogromną pętlę Przylesie dla tramwajów i autobusów:

Rozumiem, że może być przydatna w sytuacjach awaryjnych albo podczas remontów, ale czy rzeczywiście konieczna była aż tak duża? Z podobnym rozmachem kawałek dalej zaplanowano pętlę Niepodległości, gdzie jednak zawracają na stałe dwie linie tramwajowe (7 i 10), nie ma za to żadnych autobusów, choć przewidziano dla nich miejsce w obrębie torów:

 


W stronę centrum wszystkie tramwaje wyruszają ze wspólnego przystanku Niepodległości, gdzie zatrzymują się też autobusy:

Jedziemy tramwajem dalej w kierunku północno-wschodnich krańców Bydgoszczy do pętli Łoskoń, gdzie bezpośrednio z centrum miasta docierają dwie linie: 3 i 5. To już naprawdę głusza z rzadką zabudową jednorodzinną. Dopiero tutaj znajduje się oddana razem z nową trasą zajezdnia tramwajowa. Pasażerowie są wypraszani z wagonu na ostatnim przystanku, dalej motorniczy jedzie sam jeszcze jakieś 300 metrów:


W Bydgoszczy widziałem jeszcze jedną tak pustą końcówkę linii tramwajowej z pętlą Las Gdański oddaną w 1989 r. Miejsce to przypomina stołeczne Boernerowo, z tym że tutaj tory są dwa, a na nich aż trzy linie: 1, 2 i 10:

Wiata przystankowa z drewna, jej dach porasta mech.

Przystanek stąd stoi opustoszały na co dzień stadion Zawiszy Bydgoszcz. Jeszcze dwa lata temu odbywały się tu mecze ekstraklasy, teraz klub jest zdegradowany do najniższej klasy rozgrywek.

Czas pojeździć po bardziej uczęszczanych rejonach miasta. Przenieśmy się na przystanek przy rondzie Jagiellonów, gdzie zatrzymuje się najwięcej linii tramwajowych w Bydgoszczy:

Akurat podjechał tramwaj linii 2 - wsiadłem i skręciliśmy na most, a po drugiej stronie Brdy sunęliśmy wolno (fatalny stan torowiska) przez odcinek z nieużywaną od 1991 r. pętlą Babia Wieś. Blisko stąd do nowego mostu, który na pierwszy rzut oka wygląda dość dziwacznie, ale można się do niego przyzwyczaić, a wieczorem jest efektownie iluminowany:


Dalsza część trasy "dwójki" nie jest już tak widowiskowa. Nasuwają się skojarzenia, jakby się było na warszawskich Stegnach albo Chomiczówce. Blokowiska z wielkiej płyty - potworna pamiątka po czasach PRL-u, w ostatnich latach doprawiona w dodatku pastelozą. Stare konstalowskie "akwaria" na torach dobrze wpisują się w tę okolicę. W środku jednak te wagony wyglądają całkiem dobrze z niespotykanym w Warszawie układem siedzeń w rzędach 2+1:


Ciekawa jest też nazwa jednego z przystanków na blokowiskowym odcinku "dwójki":


Lubię takie lokalne, oryginalne nazewnictwo. W Bydgoszczy zwróciłem jeszcze uwagę na przystanki: Bajka, Tor Awaryjny, Żupy, Babia Wieś, Zbożowy Rynek i Garbary.

Tramwaje dwóch linii (2 i 9) docierają do wspólnej pętli z jednym torem przed rondem Kujawskim:

Zanosi się na to, że wkrótce ta nietypowo położona pętla tramwajowa (częściowo między jezdniami ul. Wojska Polskiego, a częściowo z boku) zostanie zlikwidowana. Miasto - znowu przy pomocy Unii Europejskiej - planuje bezpośrednie połączenie torami ronda Kujawskiego z rondem Jagiellonów. To szansa na wyprostowanie trasy tramwajów, która dziś wygląda dziwnie, bo z górnej części Bydgoszczy widać odcinki, którymi jechało się kilka minut wcześniej na dole. Dlatego być może frekwencja na linii 2 nie wypada imponująco.

Równocześnie ma być przebudowany duży węzeł tramwajowy u zbiegu ul. Wojska Polskiego z ul. Perłową, gdzie znajduje się nietypowy, poczwórny układ przystanków - osobnych zarówno dla linii przyjeżdżających z centrum, jak i dla tych, które tam wracają:

W tym miejscu natknąłem się na uliczny biletomat, który przydałby się też na przystankach nad stacją Bydgoszcz Wschód.

Powodem, dla którego warto wybrać się do górnej części miasta, jest dość stromy podjazd. Takiego nie mamy na razie w Warszawie. A nawet, jeśli powstanie odcinek pośrodku ul. Spacerowej wspinającej się na Skarpę Warszawską, to będzie wyglądał inaczej niż ul. Perłowa w Bydgoszczy, gdzie torom wśród bloków towarzyszą tylko ścieżka, drzewa, a za nimi chodnik. W stronę centrum motorniczowie zjeżdżają tędy, hamując. No to z górki na pazurki:

A teraz centrum Bydgoszczy z wijącą się Brdą, którą widać z okien tramwajów:

W tym nowym budynku reklamowanym w prestiżowej lokalizacji z widokami na rzekę ceny mieszkań zaczynają się od 7 tys. za m kw. W stolicy tyle płaci się za lokum gdzieś na peryferiach. W Bydgoszczy od Brdy tylko o jeden przystanek tramwajowy oddalona jest reprezentacyjna ul. Gdańska, która wygląda doskonale po modernizacji przeprowadzonej przed kilkoma laty - przejazd niektórymi odcinkami jest możliwy tylko dla transportu publicznego i rowerzystów:

Ostatnio widziałem bydgoską Gdańską kompletnie rozkopaną. Teraz są równe chodniki, uporządkowano parkowanie, a większość secesyjnych kamienic została odnowiona. Tamtym razem celem przyjazdu do Bydgoszczy było zwiedzanie fabryki Pesy, która realizowała dla Tramwajów Warszawskich wielki kontrakt dostawy 186 wagonów. Zakład sąsiaduje z dworcem głównym i linią kolejową:

Po halach fabrycznych oprowadzał nas osobiście ówczesny prezes Pesy Tomasz Zaboklicki. Od pewnego czasu Pesa ma problemy. Trzymam kciuki za to, żeby jej sytuacja się unormowała. To zakład, którego produkty rozsławiają Polskę - podobnie jak poznański Solaris czy nowosądecki Newag. Tramwaje z Pesy stały się nowym elementem krajobrazu wielu polskich miast, kupiło je też kilku przewoźników zagranicą. Inny eksportowy produkt Pesy to pociągi. Zanosiło się też, że wyjedzie stąd metro dla Warszawy, ale ten plan okazał się nierealny.

Z fabryką Pesy przez tory kolejowe sąsiaduje kolejna nowa trasa tramwajowa w Bydgoszczy - wydłużona tu od dworca głównego PKP. Linia ta prowadzi przez efektowny most na Brdzie z drogą rowerową i dalej przez ul. Dworcową do pętli Rycerska:


Dawniej trasa tramwajów była o jakieś pół kilometra krótsza, bo zawracały bezpośrednio przed dworcem kolejowym Bydgoszcz Główna. Teraz na placu przed wejściem na tę stację znajduje się wygodny węzeł przesiadkowy, gdzie oprócz tramwajów zatrzymują się też autobusy:

Modernizacja i rozbudowa samego dworca Bydgoszcz Główna wyszła bardzo przyzwoicie. Jest czysto i wygodnie.

 

Architektura wygląda nowocześnie i oryginalnie, naprawdę nie ma wstydu. Przeciwnie - miasto zyskało dobry, charakterystyczny budynek. Z takimi wrażeniami wracałem z Bydgoszczy do Warszawy. Szkoda tylko, że zdecydowałem się na podróż czerwonym autokarem zwijającej się z rynku firmy Polskimbus.com. Raz, że bydgoski dworzec PKS, skąd wyruszał, prezentuje się paździerzowo w porównaniu z kolejowym. Dwa, że mój kurs był spóźniony pół godziny, a potem autobus wlókł się 4 godz. i 15 min (pociąg jedzie 3 godz. i 20 min). Aż czterokrotnie przekraczał Wisłę, by zatrzymać się w Toruniu, Włocławku i Płocku. Może to jest jednak wskazówka, by wybrać się na zwiad transportowy także do tych miast...

(osa)

23:57, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (12) »
środa, 19 lipca 2017

Z niemałym zdziwieniem odkryłem w ogłoszonym dziś po aktualizacji "Programie Budowy Dróg Krajowych" brak dwóch ważnych odcinków: to nowa trasa wylotowa z Warszawy przez Łomianki w kierunku Gdańska i Olsztyna (fragment do węzła Czosnów spadł na listę inwestycji oczekujących na pieniądze) i obwodnica Pułtuska.

Co prawda mieszkańcy Łomianek sami sobie są winni, bo ich protesty storpedowały budowę w poprzedniej dekadzie, ale na braku tej trasy ucierpią też wyjeżdżający nad morze czy jeziora. Można było przypuszczać, że drogowcy nieprędko zbudują podwarszawski odcinek S7. Najpierw robili podchody pod ratusz, by udrożnić obecny wyjazd przez ul. Pułkową na przedłużeniu Wisłostrady. Był to całkiem dobry plan, bo prawdopodobnie na Młocinach powstałoby bezkolizyjne skrzyżowanie z ul. Wóycickiego i drugie między Żubrową a Heroldów. To znacznie ułatwiłoby przejazd, ale w urzędzie miasta najwidoczniej przestraszyli się, że już nigdy nie wytyczono by drogi ekspresowej obok - ważnej także w obrębie Warszawy (z tunelami pod Bemowem i na obrzeżach Chomiczówki).

O planach wobec obwodnicy Pułtuska pisałem niedawno - pod koniec marca 2017 r.:
http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,21560735,trasa-s17-warszawa-lublin-nowe-obwodnice-daleko-od-stolicy.html

"W poniedziałek wiceminister infrastruktury Jerzy Szmit (PiS) wybrał się do Pułtuska, by zatwierdzić program inwestycyjny dla obwodnicy tego miasta. Nie oznacza to jednak, że budowa zacznie się rychło. Jak poinformowała GDDKiA, projektowanie i wykonanie prac jest przewidziane dopiero na lata 2021-25". Teraz okazuje się, że obwodnicy Pułtuska w programie rządowym nie ma wcale. I tyle warte są objazdy PiS-owskich ministrów po Polsce oraz składane obietnice.

Pułtusk jest teraz takim samym drogowym koszmarem, jakim jeszcze kilka lat temu był Serock. Odkąd w 2011 r. otwarto tam obwodnicę, jeździ się komfortowo. Dla Pułtuska, przez który przedziera się ok. 17 tys. pojazdów na dobę, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad szykowała 15-kilometrową trasę omijającą miasto od zachodu. Jej brak odczułem w ostatni długi weekend, wracając z Mazur. Utknęliśmy w korku, który zaczynał się na drodze nr 61 jeszcze przed jej skrzyżowaniem z drogą nr 57 od strony Szczytna. Straciliśmy dobre 40 minut.

Tak wygląda słynna droga na Ostrołękę z kultowego filmu "Rejs", który nakręcono blisko pół wieku temu. Na marginesie: Ostrołęka też miała dostać obwodnicę, jest w o tyle lepszej sytuacji od Pułtuska, że znalazła się na 153. miejscu rządowej listy bez podania terminu budowy. Jak się dowiedziałem w GDDKiA, oznacza to, że dziś nie ma na nią zagwarantowanych pieniędzy (na 19-kilometrowy odcinek potrzeba 530 mln zł).

Czyli droga na Ostrołękę bez zmian, za to po kilkunastu latach przerwy od żeglowania nie poznałem Wielkich Jezior Mazurskich. Sterowałem i wybierałem fały oraz szoty na takim oto jachciku, który wyposażono w lodówkę, kuchenkę gazową, toaletę, radio, a nawet... telewizor:

Wszelkie wygody są też na przystaniach nazywanych teraz marinami, czego miałem okazję doświadczyć w Wilkasach koło Giżycka, Sztynorcie (gdzie jachty zajęły komplet bodajże 600 miejsc do cumowania przy kejach i do późnej nocy trwało śpiewanie szant). Na wikt i opierunek + toaletę lub ściankę do oblewania moczem można było liczyć nawet w tak odludnych miejscach jak Zatoka Rajcocha za wyspą kormoranów na Jeziorze Dobskim czy w Mamerkach. Te ostatnie szczególnie polecam amatorom bunkrów (w lesie skrywają się 7-metrowe kolosy, do których czterokrotnie przyjeżdżał Hitler, raz z Mussolinim - tam spływały wszystkie meldunki z frontu wschodniego, dziś można przejść krótką podziemną trasę).

Zachwyciło mnie omijane podczas poprzednich mazurskich eskapad Węgorzewo, które w 2001 r. wybiło się na powiatową niepodległość od Giżycka. Wspaniale wygląda dzika Węgorapa i jej kanał, którymi wpływa się do miasta z jeziora Mamry.

W porcie wszystko jest zmonetyzowane: złotówka za umycie rąk, 2 zł za kibelek, 5 zł za prysznic. A automaty pożerają jeszcze pieniądze. Złoty interes. Poza tym bardzo przyjemnie i pyszne ryby (zwłaszcza sandacze!) w smażalni.

Dość zabawnie przy Węgorapie wygląda zmodernizowana stacja paliw Orlenu:

To prawdopodobnie najbardziej wysunięte na północ dystrybutory tej firmy w wydaniu dla żeglarzy. Niestety, paliwo przydało się w drodze powrotnej. Nie tylko na przesmyku między Mamrami a jeziorem Dargin - flauta dopadła nas zwłaszcza na Kisajnie. A potem korek na kanale przez środek Giżycka (równoległy Niegociński od Jeziora Tajty jest zamknięty z powodu prac remontowych - uwaga na policję wodną, która wyłapuje żeglarzy łamiących zakaz ruchu). Ten korek kanałowy w Giżycku był tylko namiastką kanału, w jaki kilka godzin później drogowcy wpuścili nas przed pozbawionym obwodnicy Pułtuskiem.

(osa)

17:46, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 kwietnia 2017

Nie poznałem Łodzi, gdy wróciłem tu wczoraj po kilku latach. Dworzec Fabryczny szokuje rozmachem i nowoczesnością. Gdzie się podziała ta zapyziała stacyjka z wyboistym peronem, na którym słońce wyciskało z człowieka ostatnie poty. Od razu chciało się stamtąd wracać tym samym rozklekotanym pociągiem, choć bywało, że podróż z Warszawy (130 km) trwała już nawet 3 godziny. Sprzed dworca pamiętam asfaltową patelnię i ponure przejście podziemne z wyszczerbionymi schodami i przepalonymi jarzeniówkami, które prowadziło do brzydkiego, klockowatego wieżowca. Im dalej w Łódź, tym gorzej.

A teraz można stracić orientację, bo ten cały koszmarny PRL-owski anturaż zniknął bez śladu. Aż chce się wchodzić do Łodzi i odkrywać, jak fantastycznie zmienia się to miasto. Do tej pory nie przepadałem za nim, dziś jestem zafascynowany jego nowościami. Dokładnie tymi, z których w niedawnych felietonach natrząsał się Filip Springer, zapewniając po siedmiokroć, jak to "naprawdę lubi Łódź".


Fot. Małgorzata Kujawka/AG

Bardzo mi się więc podoba oryginalny przystanek tramwajowy, który doczekał się nieoficjalnej nazwy "stajnia jednorożców". Dobrze też korzysta się z łódzkiej Trasy W-Z na ul. Piłsudskiego z tunelami i wiaduktami. Doceniam Dworzec Fabryczny, choć nie bez zastrzeżeń ze względu na zbyt duże koszty (1,7 mld zł), skalę i czas budowy. Mniej dziwi, że tak to się musiało skończyć, kiedy odkrywa się dworcowe zaplecze - wszystkie te bombastyczne, niepotrzebne estakady, skrzyżowania i dojazdy, które są zupełnie puste:


Widać jednak, że dla łodzian nowy dworzec z otoczeniem (nowe trasy tramwajowe i zabudowa - już wykonana i dopiero planowana) to musi to być ogromny przełom. Coś, co dało pozytywnego kopa do przodu całemu miastu, które pozostawało w wieloletnim marazmie i z którego nieodległa stolica wysysała najlepsze soki.


Fot. Rafał Tomczyk

Na oglądanie Łodzi Fabrycznej próbowałem dojechać zimą, ale akurat tego dnia stanęły wszystkie poranne pociągi:
http://autobusczerwony.blox.pl/2017/01/Pech-redaktora-pech-kolejarzy.html 

Tym razem się udało, choć byłem zaskoczony, że InterCity "Zamenhof" wyruszający z Dworca Centralnego o godz. 9.05 jechał aż 1 godzinę i 45 minut. A pamiętam, jak w 2006 r. przed zaczynającym się wtedy remontem torów między Łodzią a Skierniewicami kolejarze zapowiadali, że cała podróż potrwa zaledwie 65 minut. Poranny pociąg jednak rzadko rozpędzał się do 130 km na godz. Lepiej było z powrotem - prędkość wynosiła przeważnie 160 km na godz., a czas przejazdu od godz. 20.30 do 21.47, czyli 77 minut, czyli już całkiem znośnie. A byłoby jeszcze krócej, gdyby nie przydługie postoje na Dworcu Zachodnim, a wcześniej na Widzewie. Przynajmniej zdążyłem się przyjrzeć tej stacji, która dobrze wygląda po przebudowie. Szczególnie podobały mi się zadaszone perony, których brakuje na warszawskich dworcach:

Fot. Marcin Wojciechowski/AG

Kawałek dalej zaczyna się bardzo długi tunel do Łodzi Fabrycznej. Kiedy wysiada się na podziemnym peronie, ma się wrażenie, jakby to była większa stacja warszawskiego metra. Szare granitowe posadzki kojarzą się, np. ze stacją Dworzec Gdański albo Ratusz Arsenał.

Przed południem po Dworcu Fabrycznym kręciło się nawet trochę ludzi, ale wieczorem było tu bardzo pusto:

Nie może być wielkiego ruchu, skoro pociągi odjeżdżają w odstępach 40-50 minut, a ostatni bodaj przed godz. 23. Czy to się zmieni po oddaniu tunelu pod Łodzią zapowiadanego na 2022 r.? Niedawno otwarto oferty wykonawców opiewające na kolejny miliard złotych z hakiem. Z pewnością przybędzie wtedy pociągów aglomeracyjnych i regionalnych, które będą mogły kursować między Koluszkami/Tomaszowem Maz. a np. Sieradzem czy Zgierzem, Łowiczem i Kutnem. Łódź zyska linię średnicową - taką, jaką ma Warszawa tyle że z dwoma stacjami a nie z czterema. Za to w doskonałych lokalizacjach w pobliżu ul. Piotrkowskiej i centrum handlowego Manufaktura.

Nie wydaje mi się jednak, żeby Łódź zyskała na znaczeniu w tranzycie międzymiastowym. Owszem, kiedyś jeździło się tędy z Warszawy do Wrocławia, ale teraz całkiem szybki przejazd jest już na okrężnej trasie przez Centralną Magistralę Kolejową, Częstochowę i Opole. Chyba że kolejarze wyremontują też bezpośrednią linię przez Zduńską Wolę i Ostrów Wielkopolski - wtedy do Łodzi ma szansę zawitać pendolino.

Tak czy owak Dworzec Fabryczny mógłby być krótszy i przynajmniej o jeden peron mniejszy, a dzięki temu dużo tańszy. Rozmach i architektura robią tu wrażenie, ale gigantomania, czyli przesada, nigdy nie jest wskazana.

Fot. Tomasz Stańczak/AG

(osa)

23:58, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum

Gazeta.pl Warszawa