Z kraju

środa, 19 lipca 2017

Z niemałym zdziwieniem odkryłem w ogłoszonym dziś po aktualizacji "Programie Budowy Dróg Krajowych" brak dwóch ważnych odcinków: to nowa trasa wylotowa z Warszawy przez Łomianki w kierunku Gdańska i Olsztyna (fragment do węzła Czosnów spadł na listę inwestycji oczekujących na pieniądze) i obwodnica Pułtuska.

Co prawda mieszkańcy Łomianek sami sobie są winni, bo ich protesty storpedowały budowę w poprzedniej dekadzie, ale na braku tej trasy ucierpią też wyjeżdżający nad morze czy jeziora. Można było przypuszczać, że drogowcy nieprędko zbudują podwarszawski odcinek S7. Najpierw robili podchody pod ratusz, by udrożnić obecny wyjazd przez ul. Pułkową na przedłużeniu Wisłostrady. Był to całkiem dobry plan, bo prawdopodobnie na Młocinach powstałoby bezkolizyjne skrzyżowanie z ul. Wóycickiego i drugie między Żubrową a Heroldów. To znacznie ułatwiłoby przejazd, ale w urzędzie miasta najwidoczniej przestraszyli się, że już nigdy nie wytyczono by drogi ekspresowej obok - ważnej także w obrębie Warszawy (z tunelami pod Bemowem i na obrzeżach Chomiczówki).

O planach wobec obwodnicy Pułtuska pisałem niedawno - pod koniec marca 2017 r.:
http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,21560735,trasa-s17-warszawa-lublin-nowe-obwodnice-daleko-od-stolicy.html

"W poniedziałek wiceminister infrastruktury Jerzy Szmit (PiS) wybrał się do Pułtuska, by zatwierdzić program inwestycyjny dla obwodnicy tego miasta. Nie oznacza to jednak, że budowa zacznie się rychło. Jak poinformowała GDDKiA, projektowanie i wykonanie prac jest przewidziane dopiero na lata 2021-25". Teraz okazuje się, że obwodnicy Pułtuska w programie rządowym nie ma wcale. I tyle warte są objazdy PiS-owskich ministrów po Polsce oraz składane obietnice.

Pułtusk jest teraz takim samym drogowym koszmarem, jakim jeszcze kilka lat temu był Serock. Odkąd w 2011 r. otwarto tam obwodnicę, jeździ się komfortowo. Dla Pułtuska, przez który przedziera się ok. 17 tys. pojazdów na dobę, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad szykowała 15-kilometrową trasę omijającą miasto od zachodu. Jej brak odczułem w ostatni długi weekend, wracając z Mazur. Utknęliśmy w korku, który zaczynał się na drodze nr 61 jeszcze przed jej skrzyżowaniem z drogą nr 57 od strony Szczytna. Straciliśmy dobre 40 minut.

Tak wygląda słynna droga na Ostrołękę z kultowego filmu "Rejs", który nakręcono blisko pół wieku temu. Na marginesie: Ostrołęka też miała dostać obwodnicę, jest w o tyle lepszej sytuacji od Pułtuska, że znalazła się na 153. miejscu rządowej listy bez podania terminu budowy. Jak się dowiedziałem w GDDKiA, oznacza to, że dziś nie ma na nią zagwarantowanych pieniędzy (na 19-kilometrowy odcinek potrzeba 530 mln zł).

Czyli droga na Ostrołękę bez zmian, za to po kilkunastu latach przerwy od żeglowania nie poznałem Wielkich Jezior Mazurskich. Sterowałem i wybierałem fały oraz szoty na takim oto jachciku, który wyposażono w lodówkę, kuchenkę gazową, toaletę, radio, a nawet... telewizor:

Wszelkie wygody są też na przystaniach nazywanych teraz marinami, czego miałem okazję doświadczyć w Wilkasach koło Giżycka, Sztynorcie (gdzie jachty zajęły komplet bodajże 600 miejsc do cumowania przy kejach i do późnej nocy trwało śpiewanie szant). Na wikt i opierunek + toaletę lub ściankę do oblewania moczem można było liczyć nawet w tak odludnych miejscach jak Zatoka Rajcocha za wyspą kormoranów na Jeziorze Dobskim czy w Mamerkach. Te ostatnie szczególnie polecam amatorom bunkrów (w lesie skrywają się 7-metrowe kolosy, do których czterokrotnie przyjeżdżał Hitler, raz z Mussolinim - tam spływały wszystkie meldunki z frontu wschodniego, dziś można przejść krótką podziemną trasę).

Zachwyciło mnie omijane podczas poprzednich mazurskich eskapad Węgorzewo, które w 2001 r. wybiło się na powiatową niepodległość od Giżycka. Wspaniale wygląda dzika Węgorapa i jej kanał, którymi wpływa się do miasta z jeziora Mamry.

W porcie wszystko jest zmonetyzowane: złotówka za umycie rąk, 2 zł za kibelek, 5 zł za prysznic. A automaty pożerają jeszcze pieniądze. Złoty interes. Poza tym bardzo przyjemnie i pyszne ryby (zwłaszcza sandacze!) w smażalni.

Dość zabawnie przy Węgorapie wygląda zmodernizowana stacja paliw Orlenu:

To prawdopodobnie najbardziej wysunięte na północ dystrybutory tej firmy w wydaniu dla żeglarzy. Niestety, paliwo przydało się w drodze powrotnej. Nie tylko na przesmyku między Mamrami a jeziorem Dargin - flauta dopadła nas zwłaszcza na Kisajnie. A potem korek na kanale przez środek Giżycka (równoległy Niegociński od Jeziora Tajty jest zamknięty z powodu prac remontowych - uwaga na policję wodną, która wyłapuje żeglarzy łamiących zakaz ruchu). Ten korek kanałowy w Giżycku był tylko namiastką kanału, w jaki kilka godzin później drogowcy wpuścili nas przed pozbawionym obwodnicy Pułtuskiem.

(osa)

17:46, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 kwietnia 2017

Nie poznałem Łodzi, gdy wróciłem tu wczoraj po kilku latach. Dworzec Fabryczny szokuje rozmachem i nowoczesnością. Gdzie się podziała ta zapyziała stacyjka z wyboistym peronem, na którym słońce wyciskało z człowieka ostatnie poty. Od razu chciało się stamtąd wracać tym samym rozklekotanym pociągiem, choć bywało, że podróż z Warszawy (130 km) trwała już nawet 3 godziny. Sprzed dworca pamiętam asfaltową patelnię i ponure przejście podziemne z wyszczerbionymi schodami i przepalonymi jarzeniówkami, które prowadziło do brzydkiego, klockowatego wieżowca. Im dalej w Łódź, tym gorzej.

A teraz można stracić orientację, bo ten cały koszmarny PRL-owski anturaż zniknął bez śladu. Aż chce się wchodzić do Łodzi i odkrywać, jak fantastycznie zmienia się to miasto. Do tej pory nie przepadałem za nim, dziś jestem zafascynowany jego nowościami. Dokładnie tymi, z których w niedawnych felietonach natrząsał się Filip Springer, zapewniając po siedmiokroć, jak to "naprawdę lubi Łódź".


Fot. Małgorzata Kujawka/AG

Bardzo mi się więc podoba oryginalny przystanek tramwajowy, który doczekał się nieoficjalnej nazwy "stajnia jednorożców". Dobrze też korzysta się z łódzkiej Trasy W-Z na ul. Piłsudskiego z tunelami i wiaduktami. Doceniam Dworzec Fabryczny, choć nie bez zastrzeżeń ze względu na zbyt duże koszty (1,7 mld zł), skalę i czas budowy. Mniej dziwi, że tak to się musiało skończyć, kiedy odkrywa się dworcowe zaplecze - wszystkie te bombastyczne, niepotrzebne estakady, skrzyżowania i dojazdy, które są zupełnie puste:


Widać jednak, że dla łodzian nowy dworzec z otoczeniem (nowe trasy tramwajowe i zabudowa - już wykonana i dopiero planowana) to musi to być ogromny przełom. Coś, co dało pozytywnego kopa do przodu całemu miastu, które pozostawało w wieloletnim marazmie i z którego nieodległa stolica wysysała najlepsze soki.


Fot. Rafał Tomczyk

Na oglądanie Łodzi Fabrycznej próbowałem dojechać zimą, ale akurat tego dnia stanęły wszystkie poranne pociągi:
http://autobusczerwony.blox.pl/2017/01/Pech-redaktora-pech-kolejarzy.html 

Tym razem się udało, choć byłem zaskoczony, że InterCity "Zamenhof" wyruszający z Dworca Centralnego o godz. 9.05 jechał aż 1 godzinę i 45 minut. A pamiętam, jak w 2006 r. przed zaczynającym się wtedy remontem torów między Łodzią a Skierniewicami kolejarze zapowiadali, że cała podróż potrwa zaledwie 65 minut. Poranny pociąg jednak rzadko rozpędzał się do 130 km na godz. Lepiej było z powrotem - prędkość wynosiła przeważnie 160 km na godz., a czas przejazdu od godz. 20.30 do 21.47, czyli 77 minut, czyli już całkiem znośnie. A byłoby jeszcze krócej, gdyby nie przydługie postoje na Dworcu Zachodnim, a wcześniej na Widzewie. Przynajmniej zdążyłem się przyjrzeć tej stacji, która dobrze wygląda po przebudowie. Szczególnie podobały mi się zadaszone perony, których brakuje na warszawskich dworcach:

Fot. Marcin Wojciechowski/AG

Kawałek dalej zaczyna się bardzo długi tunel do Łodzi Fabrycznej. Kiedy wysiada się na podziemnym peronie, ma się wrażenie, jakby to była większa stacja warszawskiego metra. Szare granitowe posadzki kojarzą się, np. ze stacją Dworzec Gdański albo Ratusz Arsenał.

Przed południem po Dworcu Fabrycznym kręciło się nawet trochę ludzi, ale wieczorem było tu bardzo pusto:

Nie może być wielkiego ruchu, skoro pociągi odjeżdżają w odstępach 40-50 minut, a ostatni bodaj przed godz. 23. Czy to się zmieni po oddaniu tunelu pod Łodzią zapowiadanego na 2022 r.? Niedawno otwarto oferty wykonawców opiewające na kolejny miliard złotych z hakiem. Z pewnością przybędzie wtedy pociągów aglomeracyjnych i regionalnych, które będą mogły kursować między Koluszkami/Tomaszowem Maz. a np. Sieradzem czy Zgierzem, Łowiczem i Kutnem. Łódź zyska linię średnicową - taką, jaką ma Warszawa tyle że z dwoma stacjami a nie z czterema. Za to w doskonałych lokalizacjach w pobliżu ul. Piotrkowskiej i centrum handlowego Manufaktura.

Nie wydaje mi się jednak, żeby Łódź zyskała na znaczeniu w tranzycie międzymiastowym. Owszem, kiedyś jeździło się tędy z Warszawy do Wrocławia, ale teraz całkiem szybki przejazd jest już na okrężnej trasie przez Centralną Magistralę Kolejową, Częstochowę i Opole. Chyba że kolejarze wyremontują też bezpośrednią linię przez Zduńską Wolę i Ostrów Wielkopolski - wtedy do Łodzi ma szansę zawitać pendolino.

Tak czy owak Dworzec Fabryczny mógłby być krótszy i przynajmniej o jeden peron mniejszy, a dzięki temu dużo tańszy. Rozmach i architektura robią tu wrażenie, ale gigantomania, czyli przesada, nigdy nie jest wskazana.

Fot. Tomasz Stańczak/AG

(osa)

23:58, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (4) »
sobota, 25 marca 2017

Nie przypuszczałbym, że tak może jeszcze wyglądać dojazd do siedzib ludzkich w odległości niespełna 50 km od Warszawy. Zdarzyło mi się w tym miesiącu wybrać do wsi Ponurzyca. Najpierw jedzie się tam drogą krajową nr 17 Warszawa - Lublin do niesławnego ronda w Kołbieli. Przeklęty drogowiec, który je wymyślił ku udręce tysięcy kierowców stojących tam od wielu lat w tasiemcowych korkach. Mimo wielu akcji medialnych i politycznych jakoś nie można się doprosić o budowę bezkolizyjnego rozwiązania.

W Kołbieli skręciłem w prawo w tzw. obwodnicę Warszawy dla tirów, czyli drogę nr 50. Po kilku kilometrach trzeba odbić z "pięćdziesiątki" w lewo w wiejską drogę, która zowie się nawet ulicą Lotników. Tędy przejeżdża się przez jednotorową (jeszcze, bo wkrótce zaczyna się rozbudowa) linię kolejową Warszawa - Lublin koło peronu z napisem Kołbiel (dlaczego tak, skoro to wieś Karpiska, a do Kołbieli jest stąd jakieś 5 km?).

I dalej zaczyna się ten drogowy koszmar ze zdjęcia powyżej. Asfalt się urywa i jedzie się polem, lasem po ogromnych wądołach i błocku raz z jednej, raz z drugiej strony bitego traktu. W niektórych miejscach z prędkością nie wyższą niż 10 km na godz. w strachu o koła i zawieszenie samochodu. Pokonanie niedługiego, najwyżej 5-kilometrowego odcinka zajęło mi ponad 10 minut. Ponura ta podróż do Ponurzycy.

Byłem tam pierwszy raz w życiu i współczuję mieszkańcom, którzy dzień w dzień muszą się męczyć, jadąc do pociągu, sklepu, szkoły czy kościoła. Zdaje się, że są zresztą zdani na własny transport, bo w budce przypominającej przystanek autobusowy, która stoi przy bitym trakcie, zamiast rozkładu jazdy zastałem zawiadomienie o planowanym wyłączeniu prądu:

Ponuro jest w Ponurzycy, a już do końca dobił mnie widok na przeciwko budki (przystankowej?): miejscowi ochoczo zabrali się do wycinania drzew, bo przecież pozwolił #lexSzyszko. Pokotem leży więc cały sosnowy zagajnik:

Komu te drzewa wadziły? Co tam chcecie zbudować? Kto was w tej Ponurzycy znajdzie z taką drogą, której nie pokazuje nawet ludzik na mapie GoogleStreetView?

Uciekłem z Ponurzycy jak najprędzej mogłem (tzn. 10 km na godz.). Na szczęście do przodu i najgorsze dziury miałem już za sobą, a wkrótce zaczęła się wąska, bo wąska, a w dodatku kręta, ale przynajmniej wyasfaltowana szosa, która zamieniła się w drogę wojewódzką nr 862. Wróciłem nią do "pięćdziesiątki" i nadwiślanką do Warszawy. 47 km od innego, dziurawego świata drogowego.

(osa)

23:01, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (4) »
niedziela, 29 stycznia 2017

Zwężoną ulicą Świętojańską w Gdyni niemal bezszelestnie przemykają trolejbusy. To jedno z trzech ostatnich miast w Polsce, które mają ten środek transportu (jeszcze Tychy i Lublin). Warszawa pożegnała się z nim 31 sierpnia 1995 r. Po raz drugi i po 12 latach kursowania na linii 51 do Piaseczna. Relacjonowałem w "Gazecie Stołecznej" tamten minihappening na pętli Metro Wilanowska i konferencję ówczesnego szefa Miejskich Zakładów Autobusowych Romana Podsiadłego:

"Podsiadły twierdzi, że nie jest to wcale pojazd ekologiczny. Wprawdzie na Puławskiej mamy czyste powietrze, ale z kominów elektrowni Bełchatowa i Konina, skąd do Warszawy dociera prąd, leci dym. Linię trolejbusową do Piaseczna nazwał >niefortunną inwestycją, którą na zlecenie ekipy Gierka realizowano pod hasłem: dobra komunikacja dla robotników z Polkoloru

Wieczorem warszawiacy żegnali trolejbusy na pętli przy Dworcu Południowym w czasie happeningu zorganizowanego przez Warszawski Ośrodek Telewizyjny. Ze śpiewem na ustach >wesoły trolejbus WOT-u< szturmowali harcerze i dzieciarnia skuszona darmowymi ciasteczkami. - To nie otwarcie linii, ale pogrzeb - gromili ich starsi.

Bo też nie wszystkim było do śmiechu: - Cały dzień płaczę. Kazałam kierowcom pomyć się i wystroić, tylko orkiestry dętej nie ma. Szkoda, że nie mogę zabrać się wesołym trolejbusem, muszę zostać na stanowisku - rozpaczała dyspozytorka pętli.

Ostatni trolejbus wjechał do zajezdni w Piasecznie o godz. 23.36. Kierujący nim Dariusz Papis (biała koszula i czarny krawat) powiedział nam, że >jest wierny trajlusiom i odchodzi z firmy<.

Do rana jeździły jeszcze trolejbusy nocne 651, która również przestała istnieć.

Dzisiaj trasą linii 51 pojadą autobusy 709, zaś przez Piaseczno do Głoskowa dotrze linia 727. Zarząd Transportu Miejskiego zlikwidował ją w czerwcu, tłumacząc, że Warszawa nie będzie fundowała komunikacji gminom obrzeżnym".

Jak bardzo zmieniło się podejście urzędników w ciągu ostatnich 22 lat. Likwidacja trakcji trolejbusowej mimo protestów była pochopną decyzją ówczesnych władz stolicy. Dziś - w epoce śledzenia informacji o alertach smogowych i coraz większych korków na ul. Puławskiej - wycofanie trolejbusów z warszawskich ulic tak łatwo już by nie przeszło. Mogłyby docierać na trasę z mokotowskiej zajezdni przy ul. Woronicza, w której garażują teraz pierwsze autobusy elektryczne.

Jak się jeździ trolejbusem, przypomniałem sobie w Gdyni. Wróciłem tam chyba po 30 latach. Okręt Błyskawica stoi w tym samym miejscu:


Jakoś tak się składało, że w tym czasie w Trójmieście odwiedzałem zazwyczaj tylko Gdańsk, rzadziej Sopot. Mój wielki błąd. Gdynia jest rewelacyjna. Niemal na każdym kroku widać zmiany i inwestycje przeprowadzone w ostatnich latach. Doskonale po modernizacji zakończonej w 2012 r. wygląda budynek Dworca Głównego z lat 50.:

Fot. Dominik Sadowski/AG

Fot. Dominik Jagodziński/AG

Gdynia to duma całej Polski. Nasz przedwojenny port i miasto wzniesione w ciągu zaledwie kilkunastu lat. W czasie pobytu w Gdyni wybrałem się z przewodnikiem na oglądanie zabytków modernizmu dwudziestolecia. Byli nie tylko mieszkańcy, ale też turyści z różnych stron Polski. Podobne spacery dla Czytelników "Gazety Stołecznej" prowadzili w ostatnich latach moi redakcyjni koledzy Jerzy S. Majewski i Tomasz Urzykowski, którzy doczekali się wiernych fanów, a także wydań książkowych "Spacerowników". Jerzy pisze też o architekturze Gdyni w swoim blogu - polecam jego fachowe komentarze http://miastarytm.pl/tag/gdynia/


 

Wcześniej nie wiedziałem, że historia gdyńskich trolejbusów zaczyna się w czasie niemieckiej okupacji. Pierwsze wyruszyły w 1943 r. i niewiele brakowało, by przestały kursować zaraz na początku PRL-u. Dzisiaj cała sieć liczy blisko 100 km i są plany jej rozbudowy dzięki funduszom Unii Europejskiej. Wiek trolejbusowy w Gdyni to byłoby 20+, w stolicy numeracja przypisana do trolejbusów tradycyjnie przewyższała liczbę 51. Nigdy nie mieliśmy jednak aż tylu linii co Gdynia, gdzie kursuje ich 12, a dwie zahaczają o sąsiedni Sopot.

Tutaj odkryłem nowoczesny budynek dworca otwarty pod koniec 2015 r. Wiem, że niektórzy kręcą nosem, bo ich zdaniem pasuje tu jak pięść do oka. Ja uważam, że to najlepszy punkt na całym przereklamowanym "Monciaku". W dodatku udało się połączyć nowe na dworcu ze starym na peronach kolejowych:

Fot. Jan Rusek/AG


Fot. Jan Rusek/AG


Fot. Jan Rusek/AG

Aż trudno uwierzyć, że kilka przystanków kolejowych dalej peron Szybkiej Kolei Miejskiej wciąż jest w opłakanym stanie. To już Gdynia Orłowo, część miasta, która przypomina mi warszawską Saską Kępę z willową, przedwojenną zabudową + malownicze molo. Niestety, stacja kolejowa na razie nie może być wizytówką Orłowa. W dodatku peron uczęszczanej SKM-ki wygląda gorzej niż peron obok - ten, za pociągiem towarowym:

SKM-ka jest dla Trójmiasta tym co metro dla Warszawy. Pociągi kursują regularnie i całkiem często: co 7-8 minut w szczycie, co kwadrans poza szczytem i wieczorem. Niestety, wciąż są to tzw. kible pamiętające czasy Gierka, a może nawet Gomułki. Choć modernizowane, standard podróży pozostaje niski. Ale największy minus to brak wspólnego biletu na kolej i gdyńskie trolejbusy. O jego wprowadzeniu słychać od lat, ale nic z tego nie wynika. Warszawa i aglomeracja stołeczna ze wspólną taryfą w ponad 30 gminach to w Polsce samotna wyspa. W 2017 roku mamy zrobić kolejny krok - będą do niej wliczane także bilety jednorazowe.

(osa)

23:45, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 12 września 2016

To było jedno z najciekawszych odkryć tegorocznych wakacji. Przez przypadek natknąłem się na informację o Muzeum Kolei Helskich. I tak statkiem z Gdyni na Hel, z portu na stację, a stąd wypożyczonym rowerem jakieś 2 km wzdłuż Półwyspu Helskiego dotarliśmy do ukrytej w lasach prywatnej placówki. Od trzech lat tworzy ją grupa prawdziwych zapaleńców, a ich praca budzi podziw. Dbają, by różne kolejowe pamiątki nie odeszły w zapomnienie.

Przy ścianie bunkra z czasów II wojny światowej leżą więc litery neonu (na zdjęciu powyżej) sprowadzonego tu z dworca podmiejskiego na stacji Gdynia Główna. Między drzewami odtworzono peron kolejowy w Jastarni, który został zdemontowany podczas niedawnej modernizacji linii kolejowej na Hel - oto jego charakterystyczne płyty chodnikowe:

Nazwa "Frankowo" pochodzi od twórcy muzeum nazywanego powszechnie Frankiem. Wszystkie ciekawostki opowiada z chęcią wesoły pan Paweł, którego zastaliśmy przy malowaniu kątowników. Oparł je o peron przeniesiony z Jastarni - zwróćcie uwagę, jak doskonale udało się go wpasować w drzewa:

W Muzeum Kolei Helskich, które powstały w oparciu o istniejącą do dzisiaj sieć wąskotorową służącą przez lata wojsku, można się przejechać drezyną (nie każdy potrafi ją obsługiwać) i wagonem ciągniętym przez spalinową lokomotywę:


Osobna część ekspozycji znajduje się w bunkrze, który przecina jeden z torów:

Są tam kasy z dawnymi tekturowymi biletami czy tablice kierunkowe, które zawieszano na wagonach (prawda, że relacje były kiedyś całkiem ciekawe?):

Przenieśmy się teraz do współczesności. Warto pokazać, jak po niedawnej modernizacji zmieniła się trasa kolejowa z Helu do Gdyni. Z moich obliczeń wyszło mi, że na czubku mierzei byłem ostatnio jakieś 18 lat temu. Dobrze jest wracać w znajome strony, a linia przez Władysławowo zawsze będzie mi bliska, bo pamiętam ją jeszcze z bardzo dawnych czasów, gdy jeździłem tam na wakacje jako dziecko (podobnie jak po drugiej stronie Polski linia PKS Zakopane - Bukowina - Białka Tatrzańska).

Stacja na Helu, podobne jak kolejne w stronę Gdyni wyglądają teraz bardzo estetycznie. Cieszę się, że do ich remontu użyto porządnych materiałów. Ruch w ostatnich dniach wakacji był całkiem spory:

Oprócz nowoczesnych szynobusów na Helu można się natknąć na zestawy szynobus + stary wagon jeszcze w malowaniu wojskowym. Ja miałem okazję wracać do Gdyni składem piętrowym jadącym na dość nietypowej trasie Hel - Chojnice. Wagon z 1973 r. z oldschoolowymi napisami w środku - wciąż na chodzie - wyprodukowała NRD-owska fabryka w Goerlitz:


Linia Hel - Władysławowo jest bardzo malownicza. Raz tory prowadzą blisko Zatoki Puckiej, innym razem - bardziej od strony otwartego Bałtyku. Stacje po remoncie wyglądają naprawdę dobrze:




Lepiej nawet nie wysiadać nigdzie po drodze, bo można się natknąć na niebywały horror estetyczny jak we Władysławowie. Zaraz za stacją zaczyna się tam dość osobliwa wystawa szczęk handlowych znanych warszawiakom w latach 90. na Marszałkowskiej czy pl. Defilad. Po mieście jeżdżą zaś przedziwne pojazdy reklamujące wystawy owadów koło Domu Rybaka czy ekspozycję pająków w domu parafialnym. Brrr.

Sama podróż z Helu do Gdyni trwa zaś stanowczo zbyt długo. Są wprawdzie kursy obliczone na półtorej godziny, ja trafiłem na przejażdżkę dwugodzinną. Opóźnienie było już na starcie, bo pociąg musiał czekać, aż inny skład dotrze do końca trasy. Linia jest jednotorowa, mijanki urządzono tylko na niektórych stacjach. Dlatego kolejny dłuższy postój wypadł w Pucku. Zdziwiłem się też, że ta uczęszczana - przynajmniej latem - trasa pozostaje niezelektyfikowana. Pociągi jadą dość wolno, z trudem wspinają się pod górkę na odcinku Reda - Puck, a w powietrze ze spalinowych lokomotyw buchają kłęby czarnego dymu, który czuć także w wagonie.

(osa)

20:19, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (3) »
sobota, 09 kwietnia 2016

Najnowsze projekty komunikacyjne i transportowe w Gdańsku robią niesamowite wrażenie. Byłem tu rok temu, podziwiając linię tramwajową na Chełm i Łostowice: http://autobusczerwony.blox.pl/2015/06/Przejazdzka-gdanskim-tramwajem.html 
Teraz wróciłem, żeby obejrzeć malowniczą trasę tramwajów na Brętowo i Pomorską Kolej Metropolitalną oddane 31 sierpnia i 1 września 2015 r. oraz szykowany do otwarcia w majówkę 2016 r. tunel pod Martwą Wisłą. Będzie to najdłuższy podziemny przejazd drogowy w Polsce (1377 m), który zdetronizuje warszawskie tunele Wisłostrady z 2003 r. (mają ok. 900 m).

Koszty tych wszystkich inwestycji są ogromne, sporo pieniędzy przekazała Unia Europejska, ale można odnieść wrażenie, że ten rozmach miejscami jest na wyrost. Spowoduje też wysokie wydatki na eksploatację - oby nie skończyło się jak w przypadku wielu inwestycji w Hiszpanii, które trzeba było zwijać albo stoją nieużytkowane, bo brakuje chętnych i pieniędzy na ich utrzymywanie.

Za najbardziej zagadkowy, a zarazem imponujący projekt uważam Pomorską Kolej Metropolitalną. Zastanawiałem się nawet, czy z niej nie skorzystać po locie z Modlina do Gdańska (bilet kosztował 9 zł), ale zrezygnowałem z samolotu, bo w rozkładzie brakowało bezpośredniego połączenia Lotnisko Lecha Wałęsy -Dworzec Główny w centrum - nie zdążyłbym na spotkanie dotyczące akcji "Rowerowy maj", które Warszawa zapożycza w tym sezonie od "rowerowej stolicy" Polski, za którą jest uważany Gdańsk. Pojechaliśmy tam pierwszym porannym pociągiem.

W drodze do siedziby PKM-ki ruszyliśmy starym poczciwym, żółto-niebieskim "kiblem" Szybkiej Kolei Miejskiej (nie do wiary - to nadal państwowa spółka!) w kursie z Gdańska Śródmieście do Wejherowa:

Trzeba wysiąść na stacji Gdańsk Wrzeszcz. Tak jak przed rokiem zastałem tam budowę centrum handlowego. Żeby przesiąść się do SKM-ki jadącej trasą Pomorskiej Kolei Metropolitalnej na gdańskie lotnisko, należy przejść po schodach i w tunelu dwa perony dalej. Niezbyt to wygodne:

Trud przesiadki wynagradza ładny widok nowego pociągu, który rusza po 7 minutach od przyjazdu "kibla" z Gdańska Śródmieście. Czyli dość dobre skorelowanie rozkładów. Wejście z peronu jest - to wciąż rzadkość w polskich warunkach - w jednym poziomie po wysuniętym podeście. W środku też bardzo wygodnie:


Niestety, pociągi są spalinowe i dość głośne. Co z ochroną środowiska? Według Krzysztofa Rudzińskiego, prezesa PKM-ki, spółki podlegającej marszałkowi województwa pomorskiego, która doprowadziła do budowy nowej linii, a teraz ją eksploatuje, elektryfikacja mijała się z celem. A to dlatego, że prądu nie ma na użytkowanym już normalnie przez PKP Polskie Linie Kolejowe jednotorowym odcinku między Rębiechowem a Gdynią. Zamierzano go nawet zlikwidować, ale teraz po modernizacji korzystają z niego nie tylko pociągi na trasie Gdańsk - lotnisko - Gdynia, ale też Kościerzyna - Gdynia. Oto schemat całego połączenia i czasy przejazdu:

Najbardziej oblegane kursy na linii PKM to te nieliczne z Kartuz przez stację Gdańsk Port Lotniczy bezpośrednio do Gdańska Głównego. Widać więc, że frekwencja w pociągach rokuje pomyślnie, jeśli zostaną tam wydłużone także pozostałe kursy. Na razie to niemożliwe z powodu braku nowoczesnego systemu sterowania ruchem. Wjazdy z linii PKM na stację Gdańsk Wrzeszcz według prezesa Rudzińskiego odbywają się "na telefon". Wszystko komplikują ponoć składy Pendolino. Ot, nowoczesność naszej polskiej kolei. Nie można wpuścić SKM-ki od strony gdańskiego lotniska pół godziny przed i pół godziny po błękitnych strzałach (wracałem wieczornym pendolino - czas przejazdu z Gdańska do Warszawy coraz krótszy, już tylko 2 godz. i 44 min, rewelacja!). 

Stacje PKM-ki wyglądają doskonale. Każdą wyróżnia czerwony element konstrukcyjny. Są parkingi przesiadkowe i zadaszone stojaki rowerowe - jak ten koło przystanku Gdańsk Matarnia, pierwszym za linią trójmiejskiej obwodnicy:


Jak widać, na stacji działają też biletomaty i kasowniki - to wciąż rzadki widok w warszawskim węźle kolejowym. Cóż z tego, skoro w Gdańsku i w ogóle w całym Trójmieście nadal brakuje spójnego systemu biletowego na kolej oraz tramwaje, autobusy i trolejbusy. Bez wspólnej taryfy nowa linia PKM-ki traci sens.

Dziwne jest też to, że nowym, blisko 20-kilometrowym odcinkiem zarządza osobna spółka, która wystawiła sobie okazałą siedzibę z centrum zarządzania ruchem przy stacji Gdańsk Matarnia. Jak przyznał sam prezes PKM-ki, mogliby mieć pieczę na 10-krotnie dłuższym odcinkiem torów.

Na pewno jednak zasługi tej spółki są ogromne. Ona jest trochę spoza świata kolei i pewnie dlatego odniosła sukces. Nikt nie chciał budować torów łączących centrum Gdańska z lotniskiem i dalej z linią nr 201 (Gdynia - Kościerzyna z odnogą do Kartuz). Na starym przedwojennym szlaku (nie licząc krótkiego odcinka omijającego od północy lotnisko) w wyniku rewitalizacji tzw. linii kokoszkowskiej powstało 8 przystanków SKM-ki (ten przewoźnik obsługuje też trasę PKM), a 2 są planowane. W 2016 r. powinny być oddane stacje Gdynia Karwiny i Gdynia Stadion.

Spółka PKM powstała w 2010 r. Do lutego 2011 r. trwały konsultacje społeczne, w czerwcu 2011 r. wydano decyzję środowiskową, w lipcu 2011 r. ogłoszono konkurs architektoniczny, w styczniu 2012 r. była decyzja lokalizacyjna. Przetarg trwał ponad pół roku, a budowa od maja 2013 r. do kwietnia 2015 r. Prace i wykup terenów kosztowały ćwierć miliarda złotych. Bez większych protestów wycięto aż 26 tys. drzew (posadzono 30 tys.), wydobyto 2,5 tys. niewybuchów, wykopano szczątki sześciu żołnierzy. 

Pociągi wspinają się na dość stromym podjeździe. Różnica wysokości między stacją Gdańsk Wrzeszcz a przystankiem Gdańsk Matarnia wynosi aż 134 m. Jest to więc linia o parametrach górskich. Dojazd do stolicy województwa skrócił się z jego obrzeży o ponad godzinę. Pociągi kursują w takcie mniej więcej co kwadrans, ale mogłyby jeździć nawet raz na 3 minuty. Potencjał jest spory, bo obok stacji powstają nowe osiedla (jedno ma już 30 tys. mieszkańców), a za lotniskiem - bazy logistyczne. Żeby przekonać wątpiących do sensu budowy PKM-ki, jej zarząd posługiwał się obrazkami z warszawskich Kabat - sprzed otwarcia stacji metra (gołe pola) i kilka, kilkanaście lat potem (blok na bloku).

Najbardziej podobał mi się wspólny peron na stacji Gdańsk Brętowo, gdzie przy jednej krawędzi zatrzymują się pociągi przyjeżdżające od strony lotniska, a przy drugiej zawracające tu tramwaje linii 10 (ruszają na Dworzec Główny i dalej do Nowego Portu). Czegoś takiego brakuje na warszawskim Służewcu dla pracowników dojeżdżających koleją i przesiadających się w kierunku biurowców:

Ponad 3,5-kilometrowa trasa tramwajowa na Brętowo zaczyna się od pętli Siedlce. Pamiętam ją sprzed kilkunastu lat, gdy do Gdańska wjeżdżało się jeszcze samochodem przez zakorkowaną okolicę Starego Miasta i dalej ulicą Kartuską do obwodnicy, a potem to już do Jastarni... Tramwaje jechały sobie bokiem ul. Kartuską i zawracały na pętli Siedlce. Teraz robi to tylko linia 4, a "10" i "12" śmigają dalej. Przystanki i sama pętla są łatwo dostępne, przesiadki wygodne i szybkie, bo odległości do pokonania nieduże. Podjeżdżają tu też autobusy, można zostawić samochód na parkingu z ok. 50 miejscami:


 

Dalej "10" i "12" wspinają się ulicą o znajomej nazwie Nowolipie do ul. Rakoczego - na znak z boku widać "50 promili":

Jest też wspólny odcinek i przystanek tramwajowo-autobusowy:

Na skrzyżowaniu ul. Rakoczego z Bulońską rozwidlają się trasy "10" i "12":

Oba tramwaje przejeżdżają tu przez część miasta intensywnie zabudowaną blokami. Linia 10, która skręca w prawo do pętli przy stacji kolejowej Gdańsk Brętowo, wyludnia się stopniowo, aż na końcowym, najdroższym odcinku tramwaj wiezie tylko motorniczego i pojedyncze osoby. Bardzo wolno, bo przed wjazdem na długi wiadukt w dół stoi zakaz ograniczenia prędkości do 15 km na godz.:

A teraz tunel pod Martwą Wisłą. Jego otwarcie przesunęło się o dobre półtora roku. Cena też miała być niższa (ok. pół miliarda złotych, wyszło 885 mln zł, ale koszt całej inwestycji zamknął się w kwocie aż 1,5 mld zł, czyli więcej niż kolejne trzy stacje II linii metra z tunelami między Dworcem Wileńskim a Targówkiem).

Dwóm tunelom towarzyszy dość skomplikowany układ pomieszczeń technicznych, wielopiętrowych klatek schodowych i przejścia ewakuacyjne:





Podobnie jak na stacji II linii metra Centrum Nauki "Kopernik" także w tunelu pod Wisłą w Gdańsku udało się znaleźć miejsca, w których przesiąka woda.

W tunelu jest dość ostry spadek i podjazd. Stałem tam na jezdni przez dłuższy czas i błędnik zaczął trochę wariować:


Od strony ronda Marynarki Polskiej nad wlotem tunelu powstał spory budynek, w którym mieści się monitoring z podglądem na 80 kamer rozmieszczonych wzdłuż całego przejazdu:

Tutaj już zawsze będzie robota przez 24 godziny i siedem dni w tygodniu. W sierpniu 2003 r. przed otwarciem podziemnych przejazdów Wisłostradą na Powiślu pisaliśmy w "Stołecznej": "Według wstępnych szacunków na utrzymanie tuneli każdego roku trzeba teraz będzie wydawać od 700 do 900 tys. zł".

Tunel pod Martwą Wisłą ma ułatwić dojazd do gdańskiego portu, może też trochę rozładuje ruch na zakorkowanej arterii oddzielającej Stare Miasto od Dworca Głównego, ale spotkałem się też z opiniami, że tak naprawdę należałoby budować kolejny odcinek drogi na północ (Trasa Zielona), żeby nowy podziemny przejazd spełniał do końca swoje zadanie. Czyli kolejne dziesiątki, jeśli nie setki milionów do wydania. Jak będzie, mieszkańcy Gdańska przekonają się wkrótce - tak przynajmniej pokazują znaki na rondzie przed wjazdem do wyczekiwanego tunelu:

(osa)

23:38, osa_oraz_smik , Z kraju
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6

Gazeta.pl Warszawa